Tytuł 148

Jak wiadomo rzeczywistość weryfikuje teorie. A już szczególnie teorie dotyczące małych dzieci.

Z moich dobrych chęci używania pieluch ekologicznych zostały dobre chęci, a używam jednorazówek.

Bo na początku wszystko mnie tam bolało i bardzo trudno mi było wstawać i przebierać małą co dwie godziny w nocy, a co dopiero jak tylko nasika/zrobi kupę. Czyli dwa razy częściej, jak podejrzewam.

Bo robi z 10 kup na dobę, sikania nie zliczę.

Bo potem powaliła mnie rwa i dalej mi trudno ją przebierać, nie wyobrażam sobie mieć takich pieluch, które mogą przecieknąć.

Bo są problemy z praniem – i tak robimy pranie codziennie i nie mamy tego gdzie suszyć, jak jest brzydka pogoda (jak jest ładna dogadaliśmy się z dozorczynią i wieszamy na sznurach na zewnątrz, choć oficjalnie jest zakaz. Ale zawsze miałam dobre układy z panią, bo ja się zachwycam jej kwiatkami a ona docenia moje róże). Nie wyobrażam sobie suszenia codziennie dodatkowo 20 pieluch, wkładów, czy jak to się tam nazywa. 

Ze spania razem z M i Morinką (bardzo popularne co-sleeping) zostało mi spanie z Morinką.

Bo mimo, że potrafimy i nawet lubimy z M spać nawet na łóżku pojedynczym, kiedy mnie wszystko bolało przekręcanie się na drugą pierś, żeby ssaka nakarmić, było na takiej małej przestrzeni wymyślną torturą.  

Bo przez pół nocy spałam w jednej niewygodnej pozycji, starając się małej nie przygnieść.

Bo trudno mi było wstawać i ją przebierać.

Bo M i tak się budził z każdym płaczem, a rano oboje byliśmy tak samo koszmarnie niewyspani. Teraz mogę raniutko po karmieniu podrzucić Morinkę do M i sobie wygodnie dospać te półtorej godziny, bez posapywania, chrumkania i wiercenia się przy boku. I bez tej czujności, którą znają wszystkie mamy. Może, gdybyśmy mieli królewskie łoże, może, ale na takim zwykłym double bed metr trzydzieści z kawałkiem nie da rady. Nie-e. Próbowaliśmy prawie cały pierwszy tydzień.

Chusta. Hmmm. Z chustą sprawa nie jest jeszcze przesądzona.

Ale.

O ile w teorii jest świetnie, to z praktyką gorzej. Duża chusta od Kasi jest jeszcze dla mnie za duża, za ciężka i niewygodna do wiązania, bo prawie nie chodzę przecież. Za 15 euro kupiłam zatem taką małą chustę, tak zwany pouch sling, taką do noszenia po domu, coby czasem mieć ręce wolne. I staram się wkładać Moriniaka tylko jak ma (w miarę) dobry humor, jest najedzona, ale nie zaraz po jedzeniu, nie jest za bardzo śpiąca ani marudna. Ale chusta jest dobra na 10 minut. No, może 15. A potem jest niewygodnie, ciasno, nie można machać rączkami i nóżkami, no i w ogóle u mamy na rączkach jest przecież dużo wygodniej i Morinka włącza syrenę alarmową i juz. Zdążę sobie tylko wsypać płatków do miseczki i zalać mlekiem i już. Tyle. Do tego dobra jest chusta.

Morinka ma jeszcze drugie imię, ale uwaga! nie przewróćcie się: Jutrzenka. Tak wymyśliliśmy. Tak, wiem, że to nie jest imię, ale (a) jest polskie, (b) jest ładne i (c) wiążą się z nim dobre historie. To był pseudonim z AK mojej babci. I tak mi się jeszcze kiedyś wyśniła Morinka.

Ale tak naprawdę to jeszcze nic nie postanowione do końca, bo Morinka nie jest jeszcze zarejestrowana;)