W chwilach kiedy skurcze cichły prosiłam o przerwę na kawę, a Jenny odpowiadała, że byłoby miło, gdyby się dało mieć przerwę w rodzeniu.
Miałam wrażenie, że nie dam rady Morinki wypchnąć. M mówił, że ostatnie chwile wyglądały gorzej niż na filmach – darłam się, że to jest niemożliwe, że mogę tego zrobić. Jenny zawołała drugą położną do pomocy przy tej ostatniej fazie, a kiedy zobaczyła rączkę idącą przodem zawołała kolejne dwie. Wszystkie trzymały mi nogi razem z M, ja się darłam po angielsku, że to jest NIEMOŻLIWE i że JA TEGO NIE ZROBIĘ, na co jedna z kobiet dowcipnie odkrzyknęła, że już to robię;) Kiedy w końcu dotarło do mnie, że już jestem o jeden most za daleko i nie ma powrotu, skupiłam się bardzo bardzo bardzo i urodziłam.
W tych ostatnich chwilach Morinka puściła smółkę i wody zrobiły się zielone, dlatego musieli zawołać lekarkę, która ją odessała. Ale już po 5 minutach położyli mi ją na piersi, bez żadnego ważenia, mierzenia, mycia, szczepienia i różnych innych wymyślnych tortur noworodka. Malutek sobie chwilę odpoczą, a potem dossał się do mojej piersi i tak mu już zostało od tej pory.
Kiedy po półtorej godzinie dała się odciągnąć od cycka, położne ją ubrały, a ja poszłam pod prysznic. Potem położne wręczyły maleńtasa M, który się przestraszył i szybko włożył ją do łóżeczka, a ja dostałam najlepszego na świecie tosta i kawkę.

A po dwóch godzinach przewieźli nas na do krainy Leonory Carrington:

Czekała nas długa noc.