Położna była miła. Nazywała się Niamh, była okrąglutka i wzbudzała zaufanie. Mówiła, że mam robić tylko to, co mi ciało podpowiada, ale jakbym posiedziała trochę na piłce albo pospacerowała to przyśpieszyłoby to bardzo akcję porodową. Nie musiałam mieć podpiętego KTG, tylko co 15 minut sprawdzała tętno dziecka. Nie chciałam żadnego znieczulenia oprócz tzw. gas & air (gaz rozweselający), ale zapytałam się, czy jakbym zmieniła zdanie w sprawie ZZO to mogę go dostać. Bez problemu.
Wszystko zaczęło się dziać jakby poza czasem, wolno i szybko równocześnie. M dzielnie siedział ze mną, choć nie za wiele mógł pomóc, oprócz masażu pleców, który pomagał na bóle krzyżowe. Wzięłam prysznic, kiedy jeszcze mogłam chodzić, resztę czasu spędziłam na piłce i w królewskim łożu. Tak mnie bolało, że o znieczuleniu zapomniałam – chyba tak naprawdę go nie chciałam, bo poród miał być jak najbardziej naturalny. Ale próby wprowadzenia się w stan autohipnozy nie powiodły się i – nie będę ściemniać – bolało jak jasna cholera. Trochę pomagał gaz, między skurczami żartowałam i się podśmiechiwałam, w trakcie byłam jakby odrealnieniona, choć wszystko czułam. Trochę jak po trawie, tylko bardziej śmiesznie i szybko przechodzi. Chyba nawet mówiłam położnej, że od dzisiaj na imprezach zamiast alkoholu będę używać gazu i czy nie mają trochę odsprzedać.
Położna była cudowna.
Miałam tylko słuchać swojego ciała, a ona po prostu była ze mną cały czas. Czułam się bardzo bezpiecznie. Była jakby z boku, zupełnie mi nie przeszkadzała w rodzeniu, ale w odpowiednim miejscu. Nie wymyślała żadnych bolesnych badań w czasie skurczu, cały czas mnie słuchała i podążała za mną. Żartowała i rozmawiała, kiedy czułam taką potrzebę. Nawet pokazała mi wykres procesu rozwierania szyjki i tłumaczyła, gdzie teraz jestem;) Uwielbiam wykresy i moja naukową naturę bardzo to uspokoiło – że jest jakiś proces, że można śledzić jego postęp, że to wszystko przebiega zgodnie z założonym modelem;)
Kiedy położyłam się płasko na łóżku akcja trochę zwolniła, więc doradziła mi, żeby spróbować leżeć na boku, jeśli tylko mogę. I wtedy się zaczęło – szybko i obłędnie mocno. A potem mnie zbadała po raz ostatni i okazało się, że wyskoczyłam poza tabelę i będę rodzić dwie godziny wcześniej niż wykres przewidywał;) No i wtedy, niestety, Niamh musiała mnie opuścić, bo została wezwana do jakiegoś porodu, od którego komplikacji akurat jest specjalistką. Na jej miejsce przyszła Jenny, też miła, ale nie miałyśmy szans nawiązać więzi, bo ja już byłam w bardzo szybkiej kolejce wysokogórskiej. Zauważyłam jej istnienie, kiedy chciała mi podłożyć poduszkę pod nogi, a ja akurat byłam wtapiana w łóżko ogromnym walcem i byłam w stanie tylko krzyknąć do niej NOOO! Zaczęła się ostatnia część zabawy i Jenny musiała mnie przekonać, żebym się przewróciła na plecy, bo zaraz będę rodzić. To chyba była najcięższa część, nie pamiętam takiego bólu z Adkiem, może dlatego, że lekarz się nie certolił i po prostu mnie ciachnął w tej ostatniej fazie i tak urodziłam Adka w 10 min. Z Morinką było trudniej a na samym końcu okazało się, że rodzi się z rączką do przodu.