Tytuł 154

Chcę spróbować opisać to wszystko, zanim się obraz zamarze, zaciemni i przekłamie, ale jak tylko to postanawiam, już wiem, że to niemożliwe i na próżno, bo to są takie rzeczy, których nie można po prostu opowiedzieć, bo to jak powiedzieć, że zachód słońca był piękny a ocean głęboki.

Jestem na haju. Roztopiłam się w różowym budyniu, czuję się jak otulona różową chmurką, chodzę po ptasim mleczku a nosorożce brykają tęczowo.

Aż sprawdzałam, kiedy te hormony ciążowe spadają, bo to przecież niemożliwe. Ale nie, już powinny zniknąć.

Wszystko jest tak, jak ma być. Wszytko jest na swoim miejscu. Przez ten krótki czas po porodzie (dzień 3) świat jest DOKŁADNIE TAKI jaki ma być. Chyba po raz pierwszy w życiu mam nic do świata.

Boli, ciągnie, nie wysypiam się, nie mam czasu na nic. Ale też nie mam chęci na nic poza gapieniem się na Moriniaka. I wąchaniem jej. I przypatrywaniem się paluszkom i piętom i chudej pupie, której dotyk znałam dotychczas od środka. 

 

Morinka urodziła się w poniedziałek wieczorem o 17.43, waży 3420 g. czyli jak zwykle idealnie po środku. Wyskoczyła ze mnie z rączką do przodu, na superwomen.

Od wtorku jesteśmy w domu, wypisali nas ze szpitala po 14 godzinach po porodzie. Nie ma żółtaczki, nie miała infekcji, wody były czyste aż do ostatniego momentu, do ostatniego parcia, kiedy właśnie wystawiła tą swoją rączkę i to mnie trochę zablokowało, dziewczynka przestraszyła się i puściła smółkę. 

Zastanawiam się na ile ten mój stan spokoju i spełnienia wynika po prostu z dobrego porodu. Dobrego to oczywiście nie znaczy bezbolesnego, o nie nie, co do tego pomyliłam się bardzo;) Chyba nie dość mocno ćwiczyłam hypnobirthing i jednak bolało. Bardzo. Bardzo bardzo. Ale w jakiś dziwny sposób to zupełnie nie jest ważne, ten ból.

 

CDN