Tytuł 168

Tydzień upłynął nam pod znakiem polowania na wózek. Nowe wózki kosztują tutaj bardzo dużo i nie widzę powodów, dlaczego musiałabym mieć taką właśnie nówkę nie śmiganą, od razu więc założyliśmy, że poszukamy czegoś używanego (nigdy nie miałam oporów przed recyklingiem jeszcze dobrych rzeczy). Widzieliśmy w sumie trzy (jeden śmierdzący papierosami i cały zażółcony w środku, a drugi ponad 4 letni polski x-lander wyraźnie wyglądający na zużyty) zanim udało się nam znaleźć śliczny, prawie-że-nowy i zupełnie Morinkowy wózek, o taki: 

 

Używany przez 7 miesięcy, czyściutki i niezniszczony. Za 160e. Lekki, wygodny, zwrotny, łatwy do składania i rozkładania. 

Jutro jedziemy po łóżeczko, też wypatrzone na gumtree za 10 euro. Jeszcze tylko parę nowych drobiazgów, materacyk, prześcieradła itd. i tyle. Może przychodzić na świat. 

Z pieluchami to mam taką jazdę ekologiczną, jawią mi się góry zużytych pampersów, których nie ma jak recyklingować. Jestem nieodrodną córką Romana, który nawet herbatę w torebkach używa do mycia naczyń (spróbujcie, idealnie myje nawet tłuste naczynia), który ściagał mnie zawsze za używanie płynu do naczyń w za dużych ilościach i wymienianie całkiem dobrych rzeczy. Poza tym jest to (podobno) tańsze i zdrowsze, bo szybciej się dziecko przebiera i pupa się nie odparza. I łatwiej nauczyć później sikania do nocnika, bo dzieciakowi jest mniej przyjemnie w pieluszce. I nie, syntetyk nie dotyka ciała, tylko pieluszka tetrowa, syntetyk jest na zewnątrz, żeby przeciekło na śpioszki.