35 tydzień. Wczoraj Morinka wystrzeliła mnie w kosmos, kiedy się nie ruszała o swojej zwykłej porze, czyli przed północą. Mówiłam do niej, potrząsałam brzuchem, piłam zimną wodę z sokiem, a ta typiara nic. Przez półtorej godziny. W końcu takie delikatne przesuwania, łaskotania od niechcenia, w ogóle nie do porównania z jej zwykłym łobuzowaniem. Ale stwierdziłam, że żyje i poszłam spać. Kiedy się znowu obudziłam po drugiej, jeszcze nie całkiem przekonana i już już miałam wpadać w rozpacz, że jednak coś jest nie tak, zaczęła mnie tak kopać, że wszystko było jasne.
Ech, te dzieciaki.
Poza tym kupujemy wózek, jeździmy i oglądamy używane, bo w sumie nie widzę potrzeby wydawania 350 euro na nowy. Wyczaiłam łóżeczko na gumtree za 10 euro, odbieramy w sobotę, dokupię materacyk w Ikei i będzie dobrze. Z większych zakupów jeszcze tylko chusta do noszenia (zamierzamy nosić Morinkę wszędzie, dzieci nie lubią być same) i odetchnę. Zostaną takie drobiazgi jak wkładki laktacyjne, jakaś tam ewentualna butelka, koszula do porodu dla mnie. Pieluchy (zamierzamy używać tetrowe, zobaczymy jak bardzo upierdliwe to będzie). W ogóle plany mam, że hoho – karmienie piersią i naturalne pieluchy. Noszenie w chuście. Pewno życie zweryfikuje dobre chęci.