Ktoś mi wyłączył motorek. Śpię długo, z przerwami, a jak już się wyśpię to poleguję na kanapie. Pudła z papierzyskami patrzą się z wyrzutem i codziennie czekam na lepsze dni. Ale obawiam się, że lepsze dni już były. Ratuje mnie jedynie czytanie, kończę Winnicota, szukam czegoś równie fascynującego o psychice niemowlęcia.
Uaktywniam się jedynie na wieczór i nagle się okazuje, że wszystkie wieczory w tygodniu mam zajęte – bieganie, terapia, koncert, zebrania moich aktywistów, joga, spotkania. Staram się upchnąć życie towarzyskie w tych niewielu tygodniach, które mi zostały, wzmocnić stare przyjaźnie i znajomości, dopieścić nowe, nagadać się do wypęku, naoglądać świat różnymi oczami, nazbierać wrażeń, pootwierać nowe perspektywy i zrobić przeciąg. Wywiać zapyziałe sentymenty, nacieszyć się ludźmi, nawet tymi, z którymi mam kontakt urywany z różnych powodów, nawet takimi, jak koleżanka wpisana w telefonie jako Mary Kopnięta, najbardziej neurotyczna osoba jaką znam, którą jednakże lubię bardzo bardzo za niekonwencjonalne myślenie i świadomy brak uprzedzeń. Oraz czyste szaleństwo.
Instynktownie tworzę sobie grupę wsparcia na okres po porodzie, uciekam od zapomnienia, przygotowuję sobie grunt na czas, kiedy już zacznę wychodzić z tej obsesji niemowlęciem, która jest udziałem matki przez parę miesięcy po porodzie. Winnicot wręcz mówi o chorobie, która dopada świeżo upieczoną matkę, ale takiej najbardziej zdrowej, takiej, która jest koniecznie niezbędna noworodkowi i potem niemowlęciu. Zupełne oddanie matki jest podstawą do zbudowanie sobie stabilnego układu odniesienia i zaufania do świata, otwartości i tej nadziei tak niezbędnej do życia, bez której to życie po prostu nie ma sensu. (Przypominają mi się badania nad postrzeganiem świata osób z depresją – ich perspektywa była najbardziej realistyczna, ich ocena przyszłości najbardziej zbliżona do rzeczywistości, najmniejsza skłonność do łudzenia się i myślenia życzeniowego. Ale zatem myślenie życzeniowe to to, co jest nam bardzo potrzebne).
Wracają do mnie wspomnienia pierwszych miesięcy Adziarza. Pamiętam, że choć ciąża przebiegała równie bezproblemowo jak obecna, a może nawet bardziej, bo byłam zupełnie nieświadoma zagrożeń, połóg wystrzelił mnie w kosmos. Leżałam w szpitalu przez miesiąc i przez miesiąc nie mogłam chodzić ani siedzieć bez bólu i krwawienia, kiedy się wypisałam po dwóch tygodniach, bo Adziarzowi nareszcie minęła infekcja, przy wyjściu ze szpitala dostałam krwotoku, osunęłam się na kamienną posadzkę i cud, że nie upuściłam dziecka. Transfuzja i powrót na oddział i nie miałam już siły protestować. Pamiętam, jak leżałam na sali matek, a za ścianą jakieś dziecko zanosiło się okropnym płaczem i wypierałam myśl, że to może być Adek i tylko na usilne prośby mojej mamy, która akurat przyszła mnie odwiedzić, pokuśtykałam do sali noworodków, przejście 20 metrów trwało 20 minut a kiedy tam dotarłam zobaczyłam żałosnego, wyziębionego, wydzierającego się w niebogłosy Adziarza w inkubatorze, który pielęgniarka zapomniała włączyć.
W domu było tylko trochę lepiej, karmienie piersią było nieustającym bólem, walką i zamartwianiem się, czy zjadł wystarczająco dużo, a noce wypełnione były parogodzinnym płaczem, nieustannym noszeniem na rączkach i zgadywaniem, co tym razem się dzieje temu bezbronnemu, przesłodkiemu maleństwu, które ma się ochotę zabić.
Wracają wspomnienia, do których nie zaglądałam od wielu lat i które najchętniej pozostawiłabym w spokoju. Ale muszę się choć trochę psychicznie przygotować na przyjście Morinki i pamiętać, że ma prawo płakać przez 6 godzin i marudzić i nie spać, i że będzie mnie boleć i że będzie smutno i że będę jak zombie na ostatnich nogach, ale warto. Warto warto warto.
Bo życie to cud. Więc warto wszystko.
O, już szósta. To idę spać.