Jutro kończymy 34 tydzień. Nadal czuję się świetnie, choć zaczęłam mieć problemy jedzeniem dużych porcji, bo Morinio siedzi mi na żołądku. Przestawił mi się cykl dobowy i budzę sie prawie codziennie koło 5, nie śpię przez jakieś dwie godziny i dosypiam do 10. A co! Kto niepracującemu zabroni. Zamierzam się wyspać za wszystkie czasy, narobić zapasów na następne pół roku niespania. Trochę nieśmiało znowu jeżdżę na rowerze, ale tylko po ścieżkach rowerowych, nadal bardzo pewnie się czuję na moim krążowniku szos. Biegam, choć w sumie trudno to nazwać biegiem – 8m/km sapiąc jak lokomotywa. Choć czuję, że robi mi to dobrze, zawsze gdzieś jakiś strach z tyłu głowy jest i wieczorem po biegu wyczekuję kopów Morinki dających znać, że wszystko dobrze. W zeszłą niedzielę kąpałyśmy się w morzu (10.8 stopni morze, 13 temp. powietrza), było naprawdę bosko! Chodzę na jogę, choć jaka to joga – leżenie na ziemi i kręcenie głową albo nogą;)
W pracy spokój. Semestr pokończony, zostały pojedyncze michałki, spóźnialscy studenci, resztki papierkowej roboty. Dokumenty na macierzyński wysłane. Porządkuję papiery.
Wyrzucam stare, żeby zrobić miejsce na nowe. Do śmieci karteluszki i kartki, niepotrzebne dokumenty, raporty i całe kilogramy papieru. Czuję silną wewnętrzną potrzebę pozbycia się nieużywanych szpargałów, niezauważalnie życie nam się rozrosło, rozdęło ciuchami, pamiątkami, papierami, sprzętami, buteleczkami, kosmetykami, kocykami, butami i w ogóle wszystkim. Zupełnie nie wiem jak to się dzieje, że rzeczy się mnożą, dopiero co wyszliśmy z zadziwienia, że ludzie się mnożą, powstają z mgły i romantycznej kolacji, zapomnienia, rozmarzenia, nadziei, a tu jeszcze się okazuje, że przedmioty też mają tę właściwość. I jak to w ogóle możliwe? ja się pytam?? Jak to się dzieje, że przyjechaliśmy tu 7 lat temu z dwoma walizkami a teraz całe 70m2 zamieszkane rzeczami martwymi i żywymi istotami.