Pojechałam wczoraj nad morze.
Było cudownie – wiało, że aż głowę urywało i było zimno (czyli jednym słowem piździało i nie znam lepszego określenia), ale świeciło słońce i nie padało. Cudowny dzień! Cudowne morze! Nieskończony horyzont! Słona woda! Zapach ryb i soli!
Pojechałam z Adziarzem i koleżanką z synkiem. Fajną koleżanką, żeby nie było. Koleżanka wybrała się w cichobiegach (takie niby balerinki), bez skarpetek. Weszliśmy na plażę, było dużo kamieni i koleżanka stwierdziła, że nie może chodzić. No racja, ciężko chodzić w balerinkach po kamolcach. Usiadłyśmy więc. Wiał wiatr, świeciło słońce, było cudownie. Założyłam rękawiczki i czapkę, patrzyłam się na morze i rozpływałam się w słonej nieskończoności. Koleżanka nie miała skarpetek, czapki ani rękawiczek. Koleżance było zimno. Adkowi było nudno. Nuda, nuda, nuda, nuda i nuda. Nie ma żadnej wycieczki, siedzimy na plaży i co on ma robić? Co za idiotyczna wycieczka! Mi było cudownie. Ściągnęłam spodnie, zaczęłam żałować, że nie wzięłam stroju. Podeszłam do brzegu i nie mogłam się oprzeć, wlazłam, aż sobie maciochy zmoczyłam. Woda była cudowna, zimna jak cholera, wiał wiatr, świeciło słońce. Zostałabym tam na zawsze. A przynajmniej na następne parę godzin. Czułam się jak na Riwierze. Morinka chciała do morza, jest przecież morską wróżką. Synek stał na brzegu i wrzucał kamienie. Synkowi się podobało. Mi się podobało. Synek kopał butem w mokrym piachu. Koleżance się to nie podobało. Piach jest mokry i buty będą brudne. Adkowi było nudno. I zimno. Koleżance było zimno. Bolała ją głowa od wiatru. Koleżanka mieszka 10 lat w Irlandii, ale wiatru nad morzem się nie spodziewała (tygrys w Afryce?? Pewno uciekł z zoo!). Musieliśmy wracać do domu. Byliśmy na plaży 45 minut.
Tak, jestem morską terrorystką i nie biorę pod uwagę, że ktoś może nie lubić morza, wiatru, zimna i tak zwanego ogólnego wypizdowa. Od dzisiaj nad morze jeżdżę SAMA. No, ewentualnie z synkiem koleżanki.