Tytuł 191

Dziś są moje urodziny i tak, czterdzieści lat minęło, ale – na Boga! – czuję się dziesięć lat młodsza od Karwowskiego, który dla mnie zachowuje się bardziej na 60 lat niż 40, och nie wiem, 40 to w sumie tylko liczba, numerek, który niewiele znaczy przecież, życie nadal wydaje mi się fascynujące i pełne możliwości, może nie zostanę sławnym naukowcem już, ani też prezydentem, ani milionerem (szkoda), ale życie jest tak bogate, złożone, nieskończone, że ograniczanie się do paru opcji wydaje się stratą, ograniczeniem właśnie, prawdziwą biedą jest skupianie się na hierarchii, władzy i pieniądzu.

Kocham marzec, trzy dni temu mieliśmy 16 rocznicę ślubu, dwa dni temu byliśmy nad morzem, pierwszy raz od trzech miesięcy, tęskniłam już za tym zapachem i wiatrem i przestrzenią i choć się nie kąpaliśmy (6.9 stopni Celsjusza, duże fale i ciąża to nawet dla mnie wydało się zbyt ekstremistyczne) to moja tęsknota została na jakiś czas zaspokojona, kiedyś sobie kupię domek nad morzem i codziennie będę się budziła z widokiem na nieskończoność.

Z Onkiem

(chcemy ją nazwać Onya albo Moirin czyli jasna jak morze, moja morska dziewczynka, kąpała się w morzu jeszcze jak była przecinkiem we mnie, milimetrem z komórek, pływała we mnie, a ja w morzu, razem pływałyśmy)

wszystko dobrze, mam oczywiście swoje lekkie świry – parę dni temu martwiłam się, że jej nie czuję, że może już nie żyje, pomna moich wcześniejszych doświadczeń, położyłam się spokojnie rano na łóżku z ręką na brzuchu i nagle poczułam delikatne falowanie, znak z tajemniczego podwodnego świata pod moją skórą, delikatny prąd wytworzony przez przepływające tajemnicze istnienie, chyba żyje, powiedziałam potem M, wiesz? Chyba żyje i daj rękę kochanie, ale było to następnego ranka i podwodna istota nie chciała się ujawnić ponownie, złapałam się za brzuchi i potrząsnęłam nim gwałtownie, wstawaj! Morinka, wstajemy, ranek jest, słoneczko świeci! powiedziałam głośno, M położył dłoń na brzuchu i nagle z głębi oceanu ciała oboje poczuliśmy delikatne kopnięcie. Jest. Żyje. Istnieje. Adek powiedział, że nie ogarnia, nie ogarnia istnienia, tego, że jak to tak coś z niczego jest możliwe, że kogoś nie było i nagle jest, pojawia się, pulsuje, rośnie, żyje, JEST, mamo, powiedział, ludzie chyba potrzebowali Boga, żeby to wyjaśnić, czy ci potrzeba Boga, żeby to wyjaśnić? Nie, odpowiedziałam, co nie zmienia faktu, że nie ma wyjaśnienia, tajemnica życia jest niewyjaśnialna, nieodgadniona, niemożliwa do zrozumienia.

W czwartek idziemy na usg połówkowe, podwodną misję obserwacji tajemniczej istoty, zmierzymy jej rączki i nóżki, serce, płuca, nerki, zbadamy i opiszemy, my – ludzie, zawsze muszący mieć wszytko pod kontrolą.