Nie wyrabiam na zakrętach, cały tydzień, calusieńki zapchany pracą, spotkaniami, mityngami, terapiami, a jeszcze wizyta u lekarza, a jeszcze bieganie i webinar, którego absolutnie nie cierpię, absolutnie, kompletnie, konkretnie nie cierpię, przez półtorej godziny mówię po angielsku w pustkę, w czarną dziurę, snuję opowieści dziwnej treści i nawet nie jestem pewna czy oni tam po drugiej stronie w ogóle je rozumieją i słuchają, więc czasem zadaję jakieś pytanie w eter i po 2 minutach wreszcie odstukują mi pracowicie odpowiedź, ale to zupełnie nie jest to, co w klasie. Zupełnie. Po drodze jeszcze kłótnia z M, jedna i druga, jakieś tam nasze niesnaski i problemy, a przy tym brak kasy i liczenie każdego euraka, a tu jeszcze taksówka, bo po spotkaniu o 22 jest przeraźliwie zimno i ciemno i autobus mi ucieka i jestem po prostu zmęczona. Po prostu. Ale w tym wszystkim czasem jadę na rowerze i patrzę w niebo i chce mi się krzyczeć aż, że jesteśMY, jesteśMY, JESTEŚMY, JESTEŚMY, JESTEŚMY, JESTEŚMY. JESTEŚMY. My jesteśmy i świat jest i niebo ma takie obłędne kolory, a wiatr wieje, pomarańczowe uliczne latarnie odbijają się w kałużach, wdycham powietrze, które ma taki zimowo-wiosenny zapach, trochę dymu, trochę spalonego słodu, spaliny, deszcz i zmokły pies, a potem wchodzę do księgarni i czuję się jak królowa w skarbcu, przecież mogę sobie kupić co tylko chcę, myślę sobie, wychodzę z Jogą dla ciążanek i kalendarzem Vettriano. Przecenionym z 13 na 3 euro, bo przecież jest luty. I czuję się, jakbym znowu wygrała. Z rozpędu zaliczam jeszcze Oxfam z książkami, ale to już dnia następnego, albo może nawet za dwa dni, nie wiem już, nie pamiętam, nie liczę godzin i lat, w każdym razie w Oxfamie znowu królowa wybiera i kręci nosem, najbardziej przyciągają jej wzrok zabawne pozycje z lat 90tych, literatura pseudo faktu dla biedaków, psychologia dla maluczkich, czyli Jak Zdobyć Pieniądze i Zjednać Sobie Ludzi, propaganda sukcesu z epoki Regana i Thatcher, książki w uśmiechniętymi Jane Fondami na okładkach i z gładko wygolonymi amerykańskimi panami, którzy wyglądają dokładnie jak nikt z nikąd, z pustki, z niebytu, panowie z kartonu zachwalają cudzy sukces finansowy na okładkach książek napisanych językiem ze szkoleń managerów średniego szczebla. A jednak ich język nie do końca razi, oprócz obśmiania oczywistości myślę sobie, że coś w tym jest, może niekoniecznie to, co chcieliby oni, ale coś jest prawdziwego w tych niekończących się próbach wpływania na własny los. Coś heroicznego i ludzkiego i rozczulającego w sumie. Chciałabym mieć je wszystkie z powodu czysto zawodowego zboczenia. A potem wyciągam dwie książki, które właśnie tam, w tym Oxfamie, na tej ulicy, w tym momencie na mnie czekały, bo jak wytłumaczyć to, że jedna kosztowała 1 euro a druga 2? Wydania kieszonkowe, nowiutkie, z wyglądu wcale nie otwierane. Potęga teraz i Droga rzadziej wędrowana. Tolle i Peck, którego dwa dni wcześniej widziałam za 7 razy tyle. Wracam do szkoły, siadam przy stole w kantynie, za oknem mam taki widok,
otwieram Pecka i czytam: życie jest trudne. Jeśli się spodziewasz, że życie jest łatwe, to się mylisz, a myślenie takie prowadzi tylko do większego cierpienia. Jeśli jednak zaakceptujesz, że życie jest trudne, to stanie się łatwe.
I ogarnia mnie spokój.
————-
A dziś znowu wiedzieliśmy Onka, wszystko dobrze. 17 tydzień.