Tytuł 197

Padnięta. W poniedziałek jestem w szkole 12 godzin, z okienkami w środku dnia i godziną terapii pomiędzy wracam do domu po 22. We wtorek zaczynam rano i kończę też po 22, ale na szczęście mam na tyle duże okienko, że wpadam do domu na obiad. I poleżenie sobie. W środę kończę o 16, ale po tych trzech dniach wracam do domu i po prostu padam. Do wieczora nie jestem w stanie się podnieść. Czwartek już spokojniej, od rana, ale tylko do 15, jeszcze tylko terapia i o szóstej jestem w domu. Piątek pracuję z domu. Sprawdzam eseje i rozdziały prac licencjackich, przygotowuję nowe wykłady, nadganiam co trzeba. Czasem w piątek nie pracuję, bo po prostu nie mogę się patrzeć na papiery ale wtedy siedzę w sobotę i niedzielę. Nie narzekam, cieszę się bardzo, że dużo zarobię, biorę też wszystkie dodatkowe godziny i zastępstwa. W tym wszystkim dbam o siebie, jak padam, to padam, leżę sobie i zajadam jabłka. Pilnuję, żeby nie być głodna, bo wtedy jest groza! Pilnuję, żeby nie zmarznąć, bo nie mogę sobie pozwolić na chorowanie. Codziennie jem kromkę z czosnkiem i witaminę D. Co 3 dni żelazo. CO noc 2 banany. Jeżdżę do pracy na rowerze. Codziennie rano ćwiczę co najmniej 10 minut jogi. Staram się medytować co wieczór. Przestałam biegać po zabiegu, ale właśnie minęło dwa tygodnie i chyba niebezpieczeństwo zażegnane, jutro zatem się wybieram na delikatne rozbieganie. Choć wieje i zacina deszczem ze śniegiem. W taką okropną pogodę trzeba trzymać formę, myślę sobie. Śpię dobrze. Skończyłam kurs o nauczaniu online, dostałam 82% za końcowy projekt. 

Powinnam na dniach dostać wyniki. Coraz trudniej jest ukrywać brzuch, powoli kończą mi się pomysły, a on coraz większy. Nie chcę mówić w pracy, dopóki nie będę wiedzieć. 

Jutro ostatni dzień pracy Żmijessy. Przed urlopem macierzyńskim, niestety;)