To nie tak, że tak was specjalnie trzymam, przysięgam, że nie miałam czasu. To znaczy, jak miałam czas i ochotę, żeby coś napisać, to szybciutko otwierałam projekt (który mam oddać do 12 stycznia, a który przez całe święta leżał i kwiczał) coby wykorzystać tę ochotę do ostatniej kropelki, choć i tak przeważnie zaraz okazywało się, że to raczej 0.33 niż dwa litry.
W każdym razie w czwartek rano, a był to pierwszy dzień nowego roku, czyli idealny czas na porządki w głowie i obiecanki cacanki, wstałam z mocnym postanowieniem poprawy. W końcu życie to nie tylko spacer w pełnym słońcu, wśród łagodnych fal zieleni, życie jest straszniejsze i piękniejsze jeszcze jest i zamiast panikować, że coś może być, trzeba się cieszyć, że jednak jest. Czyli postanowiłam pracować nad swoją głową, co wydało mi się ze wszech miar rozsądnym rozwiązaniem. Ale wiecie, przepraszam bardzo za suspens, ale też byście spanikowali, gdyby nagle, jednego dnia, jeszcze przed upływem właściwego terminu na takie rzeczy, jeszcze przed upływem daty ważności, nagle, zupełnie nagle utracili wszystkie znienawidzone objawy i wstali rano uleczeni, myślę, że nawet Łazasz był w szoku, zanim się zdążył ucieszyć, mógł wstać i iść.
Czwartek zatem upłynął mi bardzo miło na pracy z umysłem i tak mi już dobrze szło, że nawet w piątek, kiedy się rano obudziłam, nie miałam w planach robić niczego ponadto. Małżonek mój jednakże przekonał mnie do działania mówiąc „ty lepiej idź do tego szpitala i się zbadaj, bo jak zaczniesz panikować znowu na weekend to będzie ciężka jazda”, taką mi mądrość mój ukochany oznajmił. A muszę wam powiedzieć, że mieszkam przy szpitalu położniczym, a zatem w piątek przed południem kiedy świeciło słoneczko wyruszyłam na spacerek do szpitala, oczywiście zrobiwszy uprzednio porządny wywiad w necie. Bo sobie pomyślałam, że kurcze blade, przecież nie odprawią spanikowanej ciążanki, muszą się mną zająć a jakby nie za bardzo chcieli, to zawsze mogę naściemniać, a co. Podeszłam do odpowiedniego okienka, powiedziałam co i jak i naprawdę za bardzo nie koloryzowałam, kazano mi czekać, potem miła położna zebrała wywiad, zmierzyła mi ciśnienie (bdb), a potem bardzo miła lekarka mnie zbadała.
I wiecie co?
Widziałam małego (małą?)! Serce mu biło jak trzeba, machał rączkami i nóżkami i ruszał się jak zwariowany. Mierzy dokładnie tyle, ile powinien i tańczy. Odebrało mi ze wzruszenia mowę. Zgubiłam skarpetkę. Chciałam uściskać panią doktor.
Nic niepokojącego pani doktor nie zauważyła. Wszystko jest jak w najlepszym porządku na ten moment, mogę zatem biegać i nadal prowadzić swoje aktywne życie.
Nawet plamienie okazało się mieć całkiem niegroźne źródło, nie wdając się w szczegóły.
I tym optymistycznym akcentem pozwólcie, że zakończę już tę historię, aczkolwiek obiecuję, że jak będę panikować, to napewno o tym napiszę. W końcu jak się czyta czyjegoś bloga to nie ma tak łatwo.