Tytuł 203

W poniedziałek rano wstałam rześka jak skowronek (no powiedzmy), zarejestrowałam się na badanie kosmówki trofoblastu, to samo, podczas którego w zeszłym roku odkryłam, że od miesiąca noszę martwy płód i po porannej porcji jogi zaczęłam udawać, że pracuję. Czekając na znane popołudniowe uderzenie mdłości, pojawiające się nieodmiennie koło 14 jak fala tsunami.

Która nie nadeszła. Okej, mam jeden dobry dzień, pomyślałam sobie wieczorem i poszłam biegać. Ale ziarnko niepokoju zostało zasiane. We wtorek rano wstałam koło 10 jeszcze bardziej rześka. Czułam się jak nowonarodzona, a raczej jakbym nigdy w żadnej ciąży nie była. Dzień mijał i było mi coraz lepiej i lepiej, żadnych mdłości, zmęczenia, senności, brzuch wprawdzie duży, ale raczej z powodu lodów, bułeczek i sałatek, niż czegokolwiek innego. Wraz z coraz lepszym samopoczuciem czułam się coraz gorzej, jeśli wiecie, co mam na myśli. Kiedy okazało się, że mogę wąchać lodówkę powiało horrorem. Nawet cycki przestały mnie boleć, można by je ugniatać i wałkować na płasko i nic. Zero uczucia ‚nie dotykaj bo ci zaraz rączki odgryzę’. Normalne cycki. Objawy ciążowe minęły. A na dodatek odkryłam delikatne, delikatne plamienie. Wszystkie potrzebne elementy filmu grozy były zatem na miejscu: tajemnicze zniknięcie (objawów) i krew.

Szybka konsultacja u dr Googla zaowocowała ponurą diagnozą: ciąża obumarła. W nocy z wtorku na środę zaczęłam się żegnać z dzieckiem in spe, pół nocy śniąc, że tańczę z zabandażowanymi płodami, jak w Głowie do wycierania Lyncha (jak ktoś chce mieć koszmary, polecam gorąco!), na jawie zaś przez 50 minut na godzinę wierząc, że poronienie to tylko kwestia czasu. Przeczesywałam net na zmianę wpisując ’10tc zniknięcie objawów’ i ’10w symptoms gone’. Przez pozostałe 10 minut na godzinę brał górę rozsądek trochę zdziwiony rozwojem akcji w mojej głowie.

W środę rano dalej czułam się rewelacyjnie i właściwie byłam już pewna. Ale znając siebie i swoje skłonności do czarnych scenariuszy dopuszczałam jeszcze jakieś mizerne prawdopodobieństwo, że się mylę, no, może jakieś 5%, że tak naprawdę to wszytko rozgrywa się tylko w mojej głowie. Tonący brzytwy się chwyta, moją brzytwą został skype i postanowiłam zadzwonić do siostry, którejkolwiek (choć raczej nie zakonnej), coby wsparła te 5% i pomogła zrobić z nich choć 30%, no, niechby nawet 20%. Jedna siostra powiedziała ‚acha’. Druga siostra powiedziała ‚masz iść na usg’.

Usg prywatne kosztuje tutaj 80 euro i już raz skorzystałam z tej przyjemności i teraz trochę szkoda mi było znowu wydawać kolejną kasę na walkę z demonami. Tym bardziej, że dwa dni wcześniej byliśmy z Adziarzem na zakupach i pozbyliśmy się zaskórniaków na nieprzewidziane wydatki w tym miesiącu, choć można by przecież przewidzieć, że 15 latek rośnie, bo wydatki okazały się dresem, bluzą dresową, butami i majtkami firmy Converse, co może zorientowanym dać pewne wskazówki co do wysokości kwoty, którą byliśmy zaskoczeni przy kasie. W sumie  mogłam pójść na to usg i jeść ryż z jajkiem do 25 stycznia, kiedy to moja szkoła ma zwyczaj wspierania mnie finansowo, ale trochę szkoda mi było rodziny, która niczym sobie nie zasłużyła na taką przymusową dietę. Poza tym, pomyślałam sobie, pójdę i co? I dowiem się w samego Sylwestra? I będę musiała wypić pół litra, żeby rozpaczy stało się zadość? I obudzę się 1 stycznia bez pieniędzy i ciąży, ale z potężnym bólem głowy? O nie nie, Sylwestra spędzę jeszcze jako dwupak, będę się bawić przednio, pójdę przed północą na spacer i na ten jeden wieczór zawieszę seanse filmowe w mojej głowie. Zamknięte z powodu że nieczynne, nie ma dziś kina za darmo, pomartwię się tym jutro i takie tam Scarlett O’Harowe mądrości życiowe.

Poszliśmy zatem na spacer. 

Ulice były całkiem wyludnione. Atmosfera niczym z Sherlocka Holmesa:

 albo Kuby Rozpruwacza, zależnie komu co tam w duszy gra:

Potem zrobiło się nudno, bo pojawili się ludzie:

Adek zrobił się głodny i musieliśmy wejść do jakiegoś fast fuda, gdzie spędziliśmy urocze pół godziny obserwując zmęczoną obsługę i chwijących się na nogach gości. Radosne jasne kolory, plastikowe ozdoby sezonowe i nadmiar światła skutecznie zepsuły tajemniczy nastrój. Zbliżała się 12 i w końcu musieliśmy strerroryzować Adziarza, żeby dokończył na dworze swoją bułę-z-nie-wiadomo-czym i frytki, bo wróżba spędzenia całego nowego roku w takim przybytku nie bardzo nas cieszyła.

Wracając spotkaliśmy tłumy, Kuba Rozpruwacz gdzieś umknął (albo skutecznie ukrył się w tłumie).

Cyknęłam zatem tylko chłopakom fotke o 12

coby się mogli na fejsie pochwalić i wróciliśmy do domu. Po drodze wstępując do niepozornej pizzerii Corleone (jak się okazało prowadzonej przez prawdziwych Włochów), gdzie dostałam kawałek Prawdziwej Pizzy za 1.50 euro pod portretem Ojca Chrzestnego (koniecznie zajrzyjcie do Corleone na Thomas str. jak będziecie w Dublinie!).

Wypiłam lampke pysznego musującego wina, właściwie jedną piątą plastikowego kubeczka, zrobiło mi się niedobrze i położyłam się spać.