Tytuł 218

Ceremonia wręczania dyplomów okazała się dość przyjemna. Dużo dała bordowa toga z długaśnymi rękawami:



(Pierwszy w czerwonym po środku to ja)

Byłam na czymś takim pierwszy raz w życiu, głównie dla przyjemności doświadczenia bycia ubraną w togę, też pierwszy raz w życiu, pierwszy i ostatni, jak mniemam, bo przy całym uroku wydarzenia, to jednak wolę spędzać ranki w domu, z nogami na ławie, komputerem na kolanach i herbą z cytrą i miodem pod prawą ręką, dłubiąc w nosie, kiedy mam na to ochotę, a nie oglądając przez dwie godziny studentów i studentki na niebotycznych obcasach



odbierających na podium dyplom wraz z uściskiem ręki głównego szefa, za jedyną rozrywkę mając zakłady, która studentka się pierwsza wywali. I facebooka w komórce ukradkiem. (Ale nie bardzo, bo szef paczy.) Trochę było, ekhem, pompatycznie, no takie uroki ceremonii, wiadomo.

(Zdjęcie dokładnie oddaje widok z krzesełka na którym siedziałam).

W dodatku w części nieoficjalnej musiałam się chować przed moją byłą studentką, która z dyplomu dostała 3, i była bardzo na mnie wściekła, a nie wiedziała, że recenzentka chciała ją oblać. Biedna, naharowała się jak dziki osioł, ale większość źle, nasza współpraca układała się w stylu Kura wyłazi ze skóry, Prosi, błada, namawia: „Bądź głupsze!” Lecz co można poradzić, kiedy ktoś się uprze, i tak pisane pracy rozpoczęła od zrobienia ponad 800 ankiet, ale raczej nie z tymi osobami, co trzeba, każdemu zadając 20 pytań, ale raczej nie tych, co trzeba, bo nie wynikały z tego, co chciała badać, bo jeszcze dobrze nie wiedziała co to jest. No takie tam kwiatki.


A. była bardzo miła. Paplałyśmy sobie słodko niczym dwie koleżaneczki i nawet sobie zrobiłyśmy serię selfie. Do rzeczonej kwestii nie wracałyśmy. B, kandydatka na NMR była równie miła, no i w ogóle było miło. Pewno w dużym stopniu dlatego, że czułam się jak w Hogawarcie na wizytacji i wszystko mnie cieszyło.

Po tak uroczo spędzonym ranku wróciłam do domu i wyskrobałam maila, że w takim razie ja nadal będę pracować nad przedmiotem, tak w razie czego, szefowa zaraz wysłała mi odpowiedź, że trzeba to jeszcze przedyskutować na spotkaniu, odpowiedziałam, że wiem, że oczywiście, ale żebyśmy wiedzieli o czym rozmawiamy to warto mieć założenia programowe chociaż.

A po chwili do dyskusji emailowej dołączyła V., moja była studentka, Irlandka, która po roku pracy dostała cały etat, no wiecie, taka tam polityka biurowa i akcja afirmacyjna. V. napisała tylko jeden email, w którym zwróciła uwagę, że jeśli utworzy się nowy przedmiot socjologiczny, który będę prowadzić ja, to ona straci godziny niezbędne do pensum.

I tyle. Ona godzin nie może stracić, więc ja nic nie dostanę, w dodatku obcinają 5 godzin z każdego przedmiotu rocznie (takie tam oszczędności w firmie, rok akademicki skracają o dwa tygodnie, przecież nikt nie zauważy), więc tych godzin jest jeszcze mniej niż było. I tyle.

I tak po parudniowej huśtawce emocjonalnej stwierdziłam, że nie będę się kopać z koniem, jak to jest w dodatku  Koń Trojański. V. ma oczywiście oczywistą rację i tego nie zmieni nic, cokolwiek napiszę czy zrobię. No może w wyjątkiem wyeliminowania V. z gry, ale to wiązałoby się z morderstwem, którym jednak się trochę brzydzę.

Darując jej życie poczułam się znacznie lepiej, jestem jednak dobrym człowiekiem i mogę na siebie liczyć! – w cichości ducha pogratulowałam sobie.

Ale historia dopiero się zaczynała.