Na pierwszym spotkaniu w sprawie zmian programowych, a było to we wrześniu, w połowie września, dokładnie w drugiej połowie września, 17tego, okazało się, że potrzeba nowego socjologicznego przedmiotu, bo nasi studenci kończą licencjat bez zupełnie podstawowej wiedzy. Nowy przedmiot miał zastąpić stary przedmiot wykładowcy, którego akurat nie było na zebraniu (nieobecni nie mają racji), którym studenci są znudzeni, zmęczeni i w ogóle mają go po dziurki w nosie. Wykładowcy też. Bo kto by chciał uczyć się o Konfucjuszu, nie? B., mocna kandydatka do tytułu najgorszego managera roku, podniosła głowę znad papierów i zapytała retorycznie: – Ale kto go przygotuje?? Wietrząc w tym moją szansę dostania pełnorocznego przedmiotu i uzupełnienia sobie pensum o te – bagatela – trzy godziny tygodniowo – podniosłam głowę i zgłosiłam się na ochotnika. Ma się ten refleks, nie? Natrętną myśl o podkradaniu koledze zajęć uciszyłam w domu spoglądając na plan – kolega ma 21.5 godzin tygodniowo, ja – 6. Ja jestem w dodatku socjologiem, kolega – marketingowcem, a zatem kto miałby uczyć nasze młode chłonne głowy o Marksie, klasie społecznej i spółce, jak nie ja.
A poza tym jest Hindusem.*
Minęło czasu mało-wiele, ja siedziałam cicho zajęta różymi innymi historiami, rozpisanie nowego przedmiotu odkładałam na okoliczność ostatecznej konieczności (znacie to? – póki problem nie jest palący, nie zajmuje więcej uwagi niż moment przesunięcia papierów na biurku). Dla spokoju ducha pod koniec września napisałam do B., KnNMR, na kiedy chce mieć plan nowego przedmiotu. Jeszcze nie wie, ale mogę nad tym pracować, jak mam czas. No to super.
Znowu minęło trochę czasu, nie powiem, żebym zrobiła dużo, ale stroniczkę już miałam naskrobaną ogólnych założeń. I oto we wtorek dostaję maila z rozpisanym nowym programem i oczętom swoim nie wierząc odkrywam, że oto mojego przedmiotu nie ma. Udając głupszą niż jestem piszę jeszcze, że pewno zapomnieli i odsyłam uzupełniony dokument, ale już wiem, że wszystko na marne, wszystko stracone, punkty się nie zgadzają, ilość godzin się nie zgadza, piekło i potępienie. B. odpisuje na to, że nie ma miejsca w programie na nowy przedmiot, będziemy musieli ewentualnie uciąć jakiś inny przedmiot, jeśli to ważne. I że musimy jeszcze przedyskutować. Wysyłam kolejnego maila argumentując o konieczności istnienia socjologii w programie, powołując się na dokumenty przygotowane przez innych członków zespołu, żongluję argumentami, perroruję i udowadniam. Na to odzywa się A., dość fajna osoba, ale niestety sin cojones, czyli popularny cziken po angielsku a po polsku bez jaj. A. zaczyna maila „Tak bardzo jak zawsze popieram socjologię (mój narkotyk) ..” a ja już wiem o so choći, o co kaman, jak to mówią, no w życiu mnie przecież nie poprze, musiałaby mieć jaja, a tak, to tylko rzuca się na ratunek tonącej we własnych błędach B. Ale A. powołując się na swoje badania preferencji studentów (chcą więcej przedmiotów praktycznych, a mniej teorii – hehe, toż mi nowina) trochę przedobrza pisząc „jeśli chodzi o dodatkowe przedmioty studenci wskazali, że chcieliby mieć coś o przestępczości i więcej opieki społecznej, uważam zatem, że powinniśmy ich słuchać”, przedobrza, bo dwie godziny wcześniej wysłała raport z własnych badań na – imponującej zaiste – grupie 15 studentów, w którym nieopatrznie napisała „jedna osoba wyraziła chęc większej ilości godzin z opieki społecznej”. JEDNA OSOBA. I cyfrą: 1. W systemie zerojedynkowym: 1.
Dodajmy tylko, że A. jest doktorem socjologii i specjalizuje się w badaniach jakościowych.
Odpisuję więc, bardzo grzecznie, ale delikatnie wytykając jej ten i inne błędy, ale już wiem, że wszystko stracone, prawa flanka padła, zagłada blisko.
W międzyczasie włącza się w rozmowę Hindus, zauważając, że to ciekawe, ale on sobie nie przypomina takiej dyskusji na naszym spotkaniu (hahaha, bo go przecież nie było). I jak ostatnio rozmawiał z B. – jej kandydatura na NMR wyraźnie się tu nam wysuwa na prowadzenie – to nie wspomniała mu o żadnych planach zlikwidowania jego zajęć. Ani ich zmiany, co on przecież bardzo, bardzo chętnie zrobi. I też uważa, że nasi studenci potrzebują więcej solidnych, socjologicznych podstaw, a nie przedmiotów skupiających się na tym, jak zrobić dobre wrażenie.
Nie wdaję się z nim w dyskusję a propos spotkania, puszczam tylko maila do wszystkich, że go popieram w ocenie studentów.
Mija noc.
Jestem potwornie wkurwiona. Tym, że ciągle muszę walczyć o jakieś ochłapy. Oczywiście rozumiem Hindusa, ale A. coraz badziej postrzegam w kontekście tego, czego nie ma. Sin cojones. Taka przyjazna dusza na początku! Cóż, przyjazne dusze też muszą z kimś trzymać, a jeśli tak, to czemu nie z tymi, którzy mają władzę?
Rano A. odpisuje przepraszając za nieścisłości. Jakoś mnie to raduje i uspokaja, choć i tak wiem, że na nic, kończ waść, wstydu oszędź, nic z tego nie będzie, ale w nieco lepszym nastroju idę na poranną ceremonię wręczania dyplomów.
CDN
(kurcze, wiem, ze już was tak parę razy zwodziłam, ale tym razem NAPRAWDĘ dokończę. No chyba, że mi ktoś zapłaci za nieupublicznianie tej historii, to wtedy zależy od tego, ile;)
* Wyjaśniam: to żart. Chamski, rasistowski żart w stylu, nie jestem rasistą, ale….