Tytuł 220

Od kiedy Mi został weganinem, a ja prawie-że wegetarianką, to odżywiamy się okropnie zdrowo. Ja trochę mniej, bo uwielbiam tłuste i śmierdzące sery, ale może w sumie to się wyrównuje, bo często jem też tłuste ryby, a wiadomo, że ryby są niemożebnie zdrowe. 

Ale do rzeczy.

Wegeburger oczywiście ‚nie ma porównania z prawdziwym burgerem’ jak stwierdził Adziarz, bo smakuje zupełnie inaczej i jakby ktoś oczekiwał, że poczuje dobrze wysmażonego wołowego kotleta po wgryzieniu się, to zawiedzie się srodze. Bo to nie jest mięso i w sumie mięsa nie udaje, ale jest okropnie pyszne same w sobie, a w dodatku człowiekowi nie jest słabo przez następne 3 godziny jak po prawdziwej wołowinie. Nie mówiąc już o tym, że jest sto razy zdrowsze.

Robi się go dosyć prosto, choć wygląda skomplikowanie:

Przepis jest na z 5 burgerów, ja zrobiłam 15 czyli 3 razy więcej i wam też tak radzę, bo są genialne i nadają się do pracy, szkoły, przedszkola i na wycieczkę, a jakby ktoś marudził, to można też zamrozić i z głowy, aż będziemy głodni i zaglądniemy do zamrażarki i voila!

A zatem bierzemy szklankę zielonej soczewicy i gotujemy pół godziny, albo jak nam pasuje, byle by miękka była. Potem pół cebuli, jedną marchewkę, pół szklanki pestek dyni i słonecznika, albo jakich tam mamy w domu i wszystko wrzucamy do jakiegoś miksera albo food procesora czy co tam mamy, co nam wszystko dokładnie zmieli. W osobnej miseczce zalewamy 1 łyżkę stołową zmielonego lnu 3 łyżkami gorącej wody. Jak sie soczewica ugotuje to odlewamy wodę, wrzucamy wszystkie zmielone rzeczy, dorzucamy 2/4 szklanki płatków owsianych i  glut z lnu, 3/4 szklanki bułki tartej, przyprawiamy 4 łyżkami sosu sojowego albo solimy, dorzucamy łyżeczkę mielonego suszonego imbiru (ja się obeszłam bez, za to dorzuciłam bazylię, tymianek i lubczyku trochę), troche soli, papryki, pieprzu i mieszamy. Ja się nie chce misić, to dodajemy namoczonego lnu, jak płynne jest to dodajemy płatków owsianych czy co nam tam przyjdzie do głowy. Formujemy kotleciki i smażymy. Na oleju.

To jest potrawa wegańska, czyli bez jajek, ale podejrzewam, że z jajkami może być jeszcze lepsza.

Jest to jeden z tych przepisów, które po pierwszym spróbowaniu włączyłam do naszej prywatnej kuchni, obok placków ziemniaczanych z kapustą kiszoną, spaghetti z krewetkami i risotto według Jamie Olivera.

Kotleciki podaje się na bule hamburgerowej, na sałacie, przykrywa się plastrami ogóra kiszonego i pomidora, keczupi, ja jeszcze dodaję plaster Cammemberta i łyżeczkę sosu żurawinowego, przykrywam bułą i wsadzam do tościarki czy paniniarki (taki niby grill ale z pokrywą), ale tak naprawdę nic nie trzeba robić z nimi.

Są zdrowe i strasznie smaczne, choć prawdziwy mięsożerca będzie się patrzył z politowaniem.

Ale do czasu.

Aż dopadnie go koronarografia. 

Dodaj komentarz