Tytuł 219

Cud, moi drodzy, prawdziwy cud, niesamowitość, osobliwość i kuriozum, jak jestem wkurwiona to kruka nie ma, nic mi nie siedzi w płucu i nie dziobie, cały strach hipochondryczny znika, jak jestem porządnie, do białości wkurwiona i zamiast siedzieć cicho jak mysz pod miotłą i zgadzać się na wszystko czym mnie karmią wstaję i walczę, jak Walkiria, waleczna jak Amazonka, tylko z dwoma cyckami, wojownicza jak żółwie ninja, rewolucyjna, dzielna, odważna, piszę co myślę, mówię co uważam, nie boję się i smutny zwierz opuszcza me wnętrze, nie ma kruka, nie ma ma, biegam i myślę, że jestem zdrowa, tylko porządnie porządnie wkurwiona i z jakiegoś dziwnego powodu wkurwienie to wciskałam sobie w płuco, zamiast czuć je, jechać na nim i zmieniać świat.

Bo akceptacja rzeczywistości nie polega na wypieraniu wkurwienia, gniew trzeba tak samo zaakceptować jak wszystkie inne uczucia, gniew można wykorzystać do czegoś dobrego, nie wolno się go wypierać, albo go wciskać w siebie, bo świat nawet na wkurwie jest cholernie piękny. Czasem mam wrażenie, że piszę androny, ale mają one sens. Dla mnie.

Tytuł 220

Od kiedy Mi został weganinem, a ja prawie-że wegetarianką, to odżywiamy się okropnie zdrowo. Ja trochę mniej, bo uwielbiam tłuste i śmierdzące sery, ale może w sumie to się wyrównuje, bo często jem też tłuste ryby, a wiadomo, że ryby są niemożebnie zdrowe. 

Ale do rzeczy.

Wegeburger oczywiście ‚nie ma porównania z prawdziwym burgerem’ jak stwierdził Adziarz, bo smakuje zupełnie inaczej i jakby ktoś oczekiwał, że poczuje dobrze wysmażonego wołowego kotleta po wgryzieniu się, to zawiedzie się srodze. Bo to nie jest mięso i w sumie mięsa nie udaje, ale jest okropnie pyszne same w sobie, a w dodatku człowiekowi nie jest słabo przez następne 3 godziny jak po prawdziwej wołowinie. Nie mówiąc już o tym, że jest sto razy zdrowsze.

Robi się go dosyć prosto, choć wygląda skomplikowanie:

Przepis jest na z 5 burgerów, ja zrobiłam 15 czyli 3 razy więcej i wam też tak radzę, bo są genialne i nadają się do pracy, szkoły, przedszkola i na wycieczkę, a jakby ktoś marudził, to można też zamrozić i z głowy, aż będziemy głodni i zaglądniemy do zamrażarki i voila!

A zatem bierzemy szklankę zielonej soczewicy i gotujemy pół godziny, albo jak nam pasuje, byle by miękka była. Potem pół cebuli, jedną marchewkę, pół szklanki pestek dyni i słonecznika, albo jakich tam mamy w domu i wszystko wrzucamy do jakiegoś miksera albo food procesora czy co tam mamy, co nam wszystko dokładnie zmieli. W osobnej miseczce zalewamy 1 łyżkę stołową zmielonego lnu 3 łyżkami gorącej wody. Jak sie soczewica ugotuje to odlewamy wodę, wrzucamy wszystkie zmielone rzeczy, dorzucamy 2/4 szklanki płatków owsianych i  glut z lnu, 3/4 szklanki bułki tartej, przyprawiamy 4 łyżkami sosu sojowego albo solimy, dorzucamy łyżeczkę mielonego suszonego imbiru (ja się obeszłam bez, za to dorzuciłam bazylię, tymianek i lubczyku trochę), troche soli, papryki, pieprzu i mieszamy. Ja się nie chce misić, to dodajemy namoczonego lnu, jak płynne jest to dodajemy płatków owsianych czy co nam tam przyjdzie do głowy. Formujemy kotleciki i smażymy. Na oleju.

To jest potrawa wegańska, czyli bez jajek, ale podejrzewam, że z jajkami może być jeszcze lepsza.

Jest to jeden z tych przepisów, które po pierwszym spróbowaniu włączyłam do naszej prywatnej kuchni, obok placków ziemniaczanych z kapustą kiszoną, spaghetti z krewetkami i risotto według Jamie Olivera.

Kotleciki podaje się na bule hamburgerowej, na sałacie, przykrywa się plastrami ogóra kiszonego i pomidora, keczupi, ja jeszcze dodaję plaster Cammemberta i łyżeczkę sosu żurawinowego, przykrywam bułą i wsadzam do tościarki czy paniniarki (taki niby grill ale z pokrywą), ale tak naprawdę nic nie trzeba robić z nimi.

Są zdrowe i strasznie smaczne, choć prawdziwy mięsożerca będzie się patrzył z politowaniem.

Ale do czasu.

Aż dopadnie go koronarografia.