Tytuł 222

Wszystko jest TAK dobrze, że włącza mi się co jakiś czas kruk siedzący w płucu, bo przecież nie może być tak dobrze, przecież to musi się spieprzyć dokumentnie, wyobrażenia potworności jak zdarta płyta i naprawdę staram się, staram to ignorować i skupiać na tu i teraz.

Dziś zrobiłam vegeburgera, podpatrzonego kiedyś w burgerowni we Wrocławiu, kosztował aż 16 złotych, ale warto było, bo był tak pyszny, że postanowiłam kiedyś M zrobić w domu i oto dzisiaj nastał ten dzień, akurat mieliśmy wszystkie produkty, zrobiłam 3 razy tyle co w przepisie i będziemy jeszcze jeść 3 dni, ale warto, warto, bo jest cudowny, dawno czegoś tak pysznego nie jadłam. Do tego bułeczka, sałata, kiszony ogórek, plaster cammemberta i sos żurawinowy, i nawet Adek stwierdził, że może być. Od kiedy M jest weganinem gotuję zupełnie bezmięsnie i bezmlecznie, czasem w ostatnim etapie przerzucam część do drugiego garnka i dodaję śmietany/masła czy czego tam trzeba, a mięso Adziarz może sam sobie przygotować – mamy kuraki w razie czego w zamrażarce – ale nigdy mu się nie chce, więc je z nami i przynajmniej jest zdrowszy.

Wczoraj zrobiłam sobie też test na wiek biologiczny i wyszło mi 32 lata, M mówi, że oszukuję, bo odjęłam sobie 4 cm w pasie, ale cóż ja zrobię, jak się mierzyłam po jedzeniu, a naprawdę tyle nie mierzę? Puls też zawyżony miałam, więc wprowadziłam korektę na postawie pulsu spoczynkowego mierzonego zaraz po obudzeniu się, i voila! 32 lata! A przecież nie biegam od trzech tygodni, bo mnie cholerne choróbsko dopadło po szaleństwach w Polsce.