Tytuł 225

Wróciłam z tej cudownej Polski już dawno, parę dni temu, ale udaję, że mnie nie ma, bo mam tyle pracy, którą i tak robię na pół gwizdka. Ale udawać muszę. (Zauważyłyście, że bloga najfajniej się pisze, kiedy coś rozgrzebanego ma się akurat na tapecie? kiedy połowa wykładu, podliczenia miesiąca, slajdów dla studentów, połowa okien akurat pomyta, połowa kwiatków posadzona i oto właśnie czas na bloga).

W Polsce było niesamowicie, niewiarygodnie, niemożliwie fantastycznie, naprawdę, zupełnie się nie spodziewałam takiego obrotu sprawy, że będę się TAK szampańsko bawić, tańczyc, chichrać, szaleć, pić zimną wódkę z kolegami na ganku i poprawiać campari z przyjaciółką, a nade wszystko tańczyć, tańczyć, tańczyć do muzyki z lat 70tych, znacie to? czu-czu-czu-czu train-a, one-way ticket to the bluuuueee:



i jeszcze



i tak całą noc. Z przyjaciółmi, których nie widziałam długo. Z człowiekiem, który nas wiózł do ślubu. Na motorze. Z innym, który wiózł nas na wesele. Do Szklarskiej Poręby, przez śniegi i noc.

 

Można by powiedzieć, że oddałam głos za dobrą zabawę, jak syrenka za możliwość chodzenia po lądzie, bo w niedzielę rano przestałam móc mówić i odtąd porozumiewam się tylko szeptem (na wykładach także;). Zdiagnozowałam sobie laryngitis, czyli zapalenie krtani, GP potwierdził, także nie na darmo jestem doktorem. Na zapalenie krtani nie ma żadnego lekarstwa oprócz niemówienia, co właśnie uskuteczniam. Nie mówię zatem i jest mi z tym bardzo dobrze. 

Oprócz zapalenia krtani przywiozłam też innego wirusa cholernego, od którego teraz wszyscy kaszlemy, także to coś w płucu, co czułam tydzień temu, to pewno był począteczek choroby, którą potem bardzo ładnie wyhodowałam sobie na imprezie, zaprosiłam w gości inne wirusy i bakterie, które też się dobrze bawiły, wymieniły się materiałem genetycznym, taka była impreza! i teraz wszyscy kaszlemy od rana do wieczora. Ale cóż by tu powiedzieć, warto było.

Ech, warto było jak cholera!

Głowa mi się troszkę przeczyściła w tej Polsce, pewno od tego wiatru i prawie-mrozu i od tej pogody jak dzwon, przewiało mi myśli i zamiast na badania w poniedziałek, pojechałam jeszcze na jeden wieczór z przyjaciółkami w góry, kurde, pomyślałam sobie, kurna felek, po cholerę mi badania, jak zdrowa jestem (a listę ciał ANA, przeciwciał kardiolipidowych, morfologii i odporności na toxoplazmozę i różyczkę już miałam skrzętnie zanotowaną w kalendarzyku, wszystkie badania, których nie trzeba robić w konkretnym dniu cyklu wypisane wraz z cenami, wszystkie starające się zaraz rozpoznają podstawowy pakiet, dla tych, co nie mogą), alem sobie pomyślała – a w dupie mam! w dupie! zdrowa jestem, nie będę świrować! i bach! na jeszcze jedną nalewkę pojechałam, na jeszcze jeden spacer w liściach i w zapachach zbutwiałego czegoś, co pachnie jak samo życie, przyczajone pod drewnianym płotem między pędami starych pokrzyw.

Minęło mi jakieś napięcie, nadęcie, naprężenie, żylastość, sztywność, cholera jasna! przecież ja zdrowa jestem! będę miała to dziecko, albo i nie będę, przyjdzie kiedy będzie jego czas, albo i nie przyjdzie, zgadzam się, zgadzam się na życie, akceptuję co daje i co przyniesie.