Już po wszystkim. W nocy obudziłam się i poczułam tępy ból, ale nie fizyczny, taki tępo ćmiący ból psychiczny, kiedy już przestajesz się oszukiwać i wiesz, że jednak nie. Nie.
Kiedyś przeczytałam gdzieś, że wszystkie życiowe straty przypominają nam o naszych pierwotnych stratach, i wszystkich stratach po nich, nieważne jak mała innym ludziom wydaje się ta rzecz.
W każdym razie ogarnęłam się. Ogarniam się.
W sobotę mam wielką imprezę – 40tkę moje przyjaciółki w Polsce. Nie chce mi się zupełnie tam lecieć, tym bardziej, że jakoś się oddaliłysmy od siebie ostatnio. Od jakiegoś czasu. Czuję jakieś zadry i pokłady żalu w sobie, życzę jej wszystkiego najlepszego, ale boję się, że jak napiję się alkoholu to żal może się wylać. Rozmawiałam z nią wczoraj przez telefon, bardzo miła romowa, tylko ja po niej czułam się jeszcze gorzej. Powiedziałam o utracie, a ona dała mi złotą radę ‚może nie powinnaś tak bardzo się nastawiać na to’ i jeszcze ‚a może za wcześnie robisz testy, rób tydzień później’. Może za dużo od niej wymagam. Jak widać uczucia do niej mam niepoukładane, co z niedawnymi wydarzeniami nie jest dobrą mieszanką.
Ale czuję się lepiej.