Tytuł 228

Bardzo dziękuję za gratulacje, ale niestety chyba nic z tego tym razem. 

Zaczęłam plamić, co w połączeniu z wczorajszym wkurzeniem i coraz słabszymi objawami daje bardzo jasny obraz sytuacji. 

To chyba niestety ciąża biochemiczna. I niezależnie jak bardzo człowiek myśli, że jest przygotowany na taką wiadomość, to i tak jest przykro.

Wiedziałam, że tak może być, dlatego nikomu nic nie mówiłam, tylko wam, bo przecież ktoś musi mnie pocieszać;) (M mówi, że nie trzeba było nic pisać, no ale w takim razie po co mi ten blog?).

Oczywiście w głowie spirala myśli o ‚nawracających poronieniach’ i ewentualnych badaniach, jakie powinnam wykonać. Choć to pewno po prostu wady genetyczne zarodka i tak sobie to usiłuję przedstawić. Że lepiej tak, niż urodzić chore dziecko, które się będzie męczyć.

A propos wczorajszego wpisu – no cóż, każda wielka zmiana w życiu wiąże się z ambiwalentnymi uczuciami, co dopiero taka zmiana, za którą jest się odpowiedzialnym! Do normalnej ambiwalencji dochodzi tu wymiar egzystencjalny, bo jak coś na człowieka spadnie (ciąża na przykład) to nie można zrobić nic, tylko się pogodzić albo niezgodzić (a i tak się można decyzją udręczyć), a jak sam człowiek coś sprawia w świecie, to jest za to odpowiedzialny i do końca życia może się torturować, czy dobrze, czy źle zrobił. Że powołał nowe życie. I nigdy nie wiadomo na 100% a i tak się za to odpowiada, nawet za konsekwencje nieprzewidziane. Taka kondycja ludzka.


To idę sobie popłakać.