Z poradnika Irlandzkiego rewolucjonisty, czyli jak nie organizować przewrotów politycznych

Od dwóch tygodni grzmi w pracy. Jeszcze nie walą pioruny, ale już wszyscy się strachają i chowają po kątach.

Zaczęło się od tego, że dostałam smsa o spotkaniu w związku ze zmianami administracyjnymi. Spotkanie było w specjalnie do tego celu wynajętej sali w barze hotelowym, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. W hotelu! fajnie! pomyślałam sobie, myślałam, że spotykamy w małym gronie naszego działu. Dotarłam lekko spóźniona i aż mnie zatkało – w sali siedziało może z 30 osób i wrzała dyskusja. Spotkanie tajne, nastroje iście rewolucyjne, dyskusja o wszystkich bardzo niekorzystnych zmianach wprowadzanych przez główne szefostwo. Od nowych kontraktów, poprzez dodatkowe godziny, dodatkowe stosy dokumentów, zmianę struktury organizacyjnej, beznadziejne traktowanie pracownika, nowe wymogi siedzenia w biurze i tak dalej i tak dalej, aż do ogólnego wniosku, że trzeba coś zrobić. Po raz pierwszy w historii szkoły spotkały się osoby z prawa, nauk społecznych i biznesu. Poza strukturą. Musimy coś zrobić!

Już dawno myślałam o zapisaniu się do związków zawodowych, zapytałam się więc dlaczego nie zaprosimy przedstawiciela związków do siebie? Osoby, które pracują w tej szkole 15 lat zaczęły na to opowiadać, jak to należeli kiedyś do zwiążku, ale kiedy ich college został wykupiony przez korporację, która do dzisiaj jest właścicielem szkoły, jej władze oczywiście nie zgodziły się na istnienie związku w szkole. Nie i tyle. I od tego czasu nie ma nic. Pogadaliśmy z godzinę, albo półtorej, w sali aż wibrowała energia, nareszcie! coś mi się cieszyło w duszy. 

Stanęły mi oczywiście przed oczami wszystkie zrywy wyzwoleńcze, wszystkie straczeńce i wygarńcze walki, hej, zagrali mi na duszy jak na skrzypcach, bo ja jestem z pokolenia, które dorastało w końcu lat 80′ i z tej całej walki pamięta już tylko tysiące ludzi i końcowe zwycięstwo. (Które z biegiem lat coraz bardziej się wypaczało, ale to zupełnie inna historia).

Kiedy opuszczaliśmy salę ktoś mi powiedział, że powinniśmy kupić choć po jednej kawie, bo sala byla za darmo. Podeszliśmy do baru z kolegą i okazało się, że byliśmy jedynymi osobami, które wzięły to na serio. Wszyscy inni wyszli, jak gdyby nigdy nic.

Ale to dopiero początek równi pochyłej.

Cdn