9 miesięcy terapii. Prawie.
Nic się nie zmieniło.
Pracuję ciągle na część etatu tylko.
Dom dalej tylko wynajmujemy.
M ciągle studiuje i nie ma pracy.
Nie jestem w ciąży. I nie wiadomo, czy będę.
A jednak czuję przestrzeń w sobie. Spokój. Zaufanie do świata. Łagodność jakąś i zgodę.
Co będzie to będzie. Damy radę. Nie ma co się zamartwiać na zapas.
Korzystam z tego, co mam.
Napycham się aż do wypęku rowerem, spacerami, przyjemnością chłodnej pościeli w naszej sypialni. Przytulaniem się do M i A. Wieczorną medytacją. Codziennym zamieszaniem Adziarzowym.
Trochę mniej oceniam ludzi, trochę mniej od nich wymagam. Też mogą zapomnieć, mieć gorszy dzień, być przytłoczeni.
Trochę mniej oceniam siebie, trochę mniej od siebie wymagam. Nie biczuję się, że zapomniałam, że gadałam głupoty, że nie umiem, że jestem głupia. Że nic nie osiągnęłam, że jestem biedna. Że nie mam domu, samochodu, dobrej pracy i drugiego dziecka. Że nie zrobiłam (jeszcze) badań i nie mam publikacji. Że nie stać mnie na wyjazdy i nigdzie w Irlandii nie byłam.*
Na nieoficjalnym spotkaniu wykładowców usiadłam na podłodze. Nie było dla mnie miejsca na krzesłach, salka była mała i napakowana, więc przeszłam przez całą salę i usiadłam na podłodze. Nie czerwieniłam się, nie patrzyłam na siebie z góry, nie dręczyłam się własną nieważnością i pominięciem. Błysnęło mi parę razy, że ‚oni to mądrze gadają, a ja tak nie umiem’, ale jakoś przepłynęła ta myśl i nie rozpoczęła całego procesu udręczenia. Powiedziałam, co chciałam powiedzieć. Ustaliliśmy, co trzeba było.
Byłam na pierwszym spotkaniu z tego kursu, który tak w zeszłym roku zawaliłam. Z którego za pierwszą pisemną pracę dostałam 6%. Spotkałam tam mojego wykładowcę i śmiałam się z nim z siebie. Przedstawiłam się ‚to ja, twój najgorszy student. 6% będę pamiętać do końca życia;)’. Śmiałam się i śmiałam z tego. Bo nie ma to znaczenia, naprawdę.
Trochę bardziej olewam, co o mnie myślą, mówią, jak mnie odbierają. Trochę, troszeczkę, ociupinę, zmiana jest prawie niezauważalna, a jednak wyraźnie odczuwalna. Jakby nastąpiło jakieś przesunięcie w środku, jakby krawędzie STRASZNYCH RZECZY stały się trochę mniej ostre. Mniej się nimi ranię.
Zdarzają się chwile bez tego dręczącego nieustającego krytykanckiego wewnętrznego dialogu.
Jakbym była bardziej pusta w środku.
Niewiele się zmieniło w okolicznościach zewnętrznych*, więc składam to na karb terapii. Tę większą przestrzeń, łagodność, zgodę.
Spokój.
Jak bardzo byłam pospinana wewnętrznie i jak bardzo miałam skrzywioną perspektywę uświadomiłam sobie, kiedy się okazało, że już od roku mam permanent position, czyli już od roku jestem zatrudniona na stałe, na część etatu, ale na stałe. Jest to wyraźnie napisane na moim kontrakcie A JA TEGO OD ROKU NIE ZAUWAŻYŁAM.
Wczoraj po raz pierwszy od zdjęcia ortezy biegałam.
5 km, trucht przerywany marszem, żeby oszczędzić kolano. Minęly 2 miesiące od naderwania wiązadła, doktor mówił o 3 miesiącach rekonwalescencji, ale mnie nie boli, noga tylko jest trochę sztywna, więc jeżdżę na rowerze i biegam. Na razie bardzo ostrożnie. Kontroluję się, żeby zwalniać i biegać na pół gwizdka. Wczoraj znowu poczułam, jak bardzo to kocham.
Poczułam, że świat się mną trochę opiekuje.
Jestem.
Oddycham.
Pulsuje we mnie życie.
Są drzewa, powietrze, woda.
* oprócz Waterford (buziaki, Ukryta!) i Limerick, ale to pracowo.
* M wygrał 2 tys. stypendium za NAJLEPSZY PROJEKT DOKTORATU na wydziale Nauk Społecznych. Bardzo, bardzo jestem z niego dumna, dało mu to nadzieję w ciągłym zwątpieniu w sens tego, co robi (a może jestem za stary? a może to bez sensu? a może beznadziejnie piszę po angielsku i już nigdy się nie nauczę dobrze pisać? i tak dalej).