Tytuł 236

Pojechali.

Przed wyjazdem wybraliśmy się na wycieczkę statkiem po zatoce Dublińskiej.

Ja i mama, pochylone nad kawkę, siedzimy zatopione w rozmowie w promieniach porannego słońca odbijającego się od morza. Morska delikatna bryza owiewa nam twarze, zajączki ze światła przesuwają się nam po twarzach. Taki właśnie miałam obraz wycieczki. Po pół godzinie było mi niedobrze, ale kiedy statek zawrócił, żeby wysadzić kobietę, której zrobiło się słabo, a z nią wysiadło jeszcze 7 pasażerów, ja udawałam twardzielkę i zostałam. 

Po dalszych 30 minutach przyszedł do mnie i mamy tato i powiedział, że pod pokładem jest lepiej. Zeszłyśmy z mamą, ale kiedy tylko poczułam te wyziewy z silnika pędem wróciłam na górę. Mama na swoje nieszczęście została. Po chwili już trzymałam się podłoża i z zaciśniętymi oczami modliłabym się o koniec, gdybym mogła. Wokoło słyszałam entuzjastyczne okrzyki wesołych Amerykańskich turystów. Po dalszej półgodzince pojechałam do Rygi. Ledwo doczołgałam się do burty, żey Amerykańców nie obrzygać. I tak przyczepiona do burty spędziłam ostatnią godzinę na statku.

Mama w tym czasie nie miała siły wyjść z toalety pod pokładem. 

Wcześniej jak oglądałam różne filmy o tematyce marynistycznej zastanawiałam się właśnie czy ci ludzie rzygający za burtę czasem nie przesadzają;)

 

A dziś z przyjemnością wyspaliśmy się we własnym łóżku. Dom jakiś pusty, spokojny i mam tyyyyle czasu na pracę.