Tytuł 239

Wrócił Adziarz z wakacji. Wyrośnięty, zachrypnięty, długonogi i długoręki.

[Mierzy już prawie tyle co ja, a waży jedną trzecią mniej. Jak bym ważyła tyle, co on, to by mnie w szpitalu położyli i kroplówką dożylnie karmili. A on biega, skacze i boksuje, hehe.]

Wrócił mistrz zamieszania, król świrowania, księciunio bałaganiu, ech stęskniliśmy się trochę za nim, bo ile można w takiej ciszy i porządku siedzieć?? 

Wrócił i zapowiedział, że teraz będzie ćwiczyć, bo chce sobie masę mięśniową zbudować (hehe) i zaraz w piątek pobiegł na kickboxing. Cieszę się bardzo, masa mięśniowa super sprawa.

W środę ma mieć wyniki Junior Cert, najpoważniejszego egzaminu przed maturą. Zobaczymy. 

Przed jego przyjazdem przedyskutowaliśmy z Mi sprawę siedzenia przy komputerze i ustaliliśmy, że nie więcej niż 2.5 godziny dziennie i 3.5 w weekendy. Jak patrzę na te liczby teraz to wydaje mi się dużo, ale cholernie trudno jest dziś kontrolować korzystanie z komputera, bo to nie tylko granie, ale też oglądanie filmów i programów (nie mamy telewizji), czytanie (np. prenumeruję Politykę), przygotowanie się do lekcji czasami, siedzenie na fejsie, kontaktowanie się z kolegami i w ogóle wszystko. Ale równocześnie zdaję sobie sprawę z pułapek i w ogóle zgadzam się, że dzieci powinny sie nudzić po to, by mogły myśleć, czyli muszą mieć wolny czas i przestrzeń nie wypełnioną po brzegi bodźcami. Trudno tu jakiekolwiek zasady ustawić, bo aktywności przeplatają się i nakładają jedna na drugą, Adziarz czyta i równocześnie siedzi na fejsie, gra i kontaktuje się z kolegami, ogląda filmik naukowy, by za chwilę kliknąć na Warsaw shore, i wiadomo, że  nie będę nad nim stała i kontrolowała co robi w danej chwili.

A w dodatku ja robię tak samo – przygotowuję coś do pracy, by za chwilę przełączyć się na bloga. 

Mi zaczyna w przyszłym tygodniu, zapłaciliśmy już za studia, więc już się nie może wycofać.

Moi rodzice przyjeżdżają we wtorek – rany, w najgorszym możliwym czasie, tuż przed rozpoczęciem wykładów, cieszę się, ale mnie to przeraża.

W pracy powoli zaczyna się młyn, w tym roku jestem aktywna i zgłaszam się do różnych rzeczy. A co. W dodatku prowadzę jeden przedmiot razem z byłym dziekanem, czy jak to się tam nazywa Head of School. [Przed pierwszym spotkaniem organizacyjnym nie mogłam spać pół nocy, w końcu przyszłam niewyspana i zestresowana i miałam wrażenie lekkiej porażki.]

W terapii miałam ostatnio kilka momentów ‚o kurcze! …..!”, kiedy coś jak mikro olśnienie spływa na ciebie i wyraźnie widzisz, jak bardzo przeciwko sobie interpretujesz różne sytuacje. Ale niestety, w środku tych sytuacji jesteś przekonana, że twoje interpretacje są prawdziwe, że to jest sama czysta prawda i wyciągasz swój prywatny bacik i biczujesz się przez następne parę dni. Albo wyciągasz swój prywatny krzyżyk i nosisz go przez tydzień. Albo wykopujesz swój prywatny dół i chowasz się tam na miesiąc. Zależnie od upodobań. Bardzo, bardzo trudno jest pamiętać w trakcie pędu, w samym środku rwącego nurtu wydarzeń, że to, co widzimy, to naprawdę nasza kreacja, a nie rzeczywistość sama w sobie i że jesteśmy tak naprawdę odpowiedzialni za tą kreację, pomimo, że jest wytworem w większości nieświadomych procesów. I nie chodzi o to, że nie mamy kasy, tylko o to, jak to postrzegamy i co z tym robimy. 

Dodaj komentarz