Od soboty zaliczyłam małą wpadkę depresyjną, świat był szary, marny, pusty i bez cienia możliwości, płuco się znowu się odezwało, szarość się wlokła za mną 2 dni by w końcu w poniedziałek zniknąć przepędzona pobytem w pubie z moim najfajnieszym ziomkiem i piwem w ilości sztuk cztery (tak, wiem, że to nie jest rozwiązanie).
Zabawne, że kiedy dorywa mnie taka szara kołdra, czapa, kapa, czarny welon, to nie pomagają medytacje, nic, zupełnie nic nie mogę z tym zrobić, tylko w tym tkwić aż się wypali. Ja taka przmądrzała i wszystko wiedząca najlepiej. Mogę ewentualnie pójść spać albo na piwo, ale jak wiemy to nie jest rozwiązanie. A przynajmniej nie na dłużej. I wtedy właśnie mam nadzieję, że pomogą godziny z panią.
Godziny z panią też są śmieszne, kiedy sie nad tym zastanowić. W terapii często ma się wrażenie, że nie pracuje się nad sobą, tylko nad jakimś małym dzikim zwierzątkiem, jakim jest nieświadomość, której się właściwie nie zna, a raczej w ogóle jej jej się nie zna, bo jest właśnie nieświadoma,. To właśnie małe dzikie zwierzątko miesza w nam w życiu życiu i w byciu i ma własne zdanie na temat tego, co właśnie teraz będziesz robić. I czego absolutnie robić nie będziesz. (Wariacje na temat desperackich próbach walczenia ze zwierzakiem można na przykład znaleźć u Frei;).
Naprawdę przypomina to trochę tresowanie myszy, tchórzofretki, albo czarnej pantery zamieszkującej jakieś odległe piwniczne tereny, podziemne korytarze pełne trupów w szafie i szkieletów pokrytych pajęczyną; nocnego drapieżnika, którego istnienie się tylko podejrzewa na podstawie zaschłych bobków – strzępków snów znajdowanych co rano pod powiekami. Pierwsze, co trzeba zrobić w każdej tresurze, to wogóle zwierzę zobaczyć, zachęcić je do wyjścia z ukrycia, do pokazania się choć na chwilkę, a potem, kiedy już przychodzi do nas częściej można spróbować poznać jego zwyczaje, pragnienia i szczegóły nocnego życia. Ale to jest trudne.
Trudne przede wszystkim dlatego, że już samo przyznanie, że się ma takiego zwierza w sobie nie jest bardzo przyjemne. Jest wręcz raczej nieprzyjemne. Nad tym drapieżnikiem nie mamy żadnej kontroli, idzie na łowy i gody zupełnie niezależnie od naszego przemądrzałego i wybujałego ‚ja’. Nie możesz go sobie przemyśleć i przygotować się ‚z niego’, nie, nie jest on tym, o czym teraz myślisz, bo gdyby był, to byś o tym nie myślał. Jest czarna pantera w tobie i to ty nią jesteś. I w dodatku jesteś za nią odpowiedzialny. I to jest właśnie najtrudniejsze.
Doprawdy, zabawni są ludzie tacy jak ja, przekonani, że wiedzą o sobie dużo, że już właściwie sobie siebie przemyśleli i nic ich nie zaskoczy. Tacy ludzie, którzy kręcą się w kółko wokół ciągle tych samych spraw, a na delikatną sugestię, że coś tu jest nie tak mówią, że tak, że oczywiście, że właśnie wiedzą, że jest nie tak i że wiedzą, co jest nie tak i co z tego. Tacy właśnie ludzie są często raczej niechętni terapii, tak, mówią, terapia działa, oczywiście, ale na INNYCH, my jej nie potrzebujemy, bo już przecież wszystko o sobie wiemy, i nie to, że ją potępiaja, czy zaciekle odrzucają, raczej z pełnym wyższości spojrzeniem, które udaje, że nie jest pełne wyższości, podają tysiąc wymówek, dlaczego nie. A prawdziwym powodem jest to, że zauważenie zwierzaka w sobie nad którym się nie panuje jest przerażające, szczególnie dla tych, co wszystko chcieliby mieć przemyślane i pod kontrolą.
Ale kontrola działa tylko do czasu. Na szczęście. I nagle przychodzi jakaś życiowa tragedia, ataki paniki, bądź nasilające się pomruki uwięzionego czegoś w podziemnym labiryncie, którego w ogóle nie słuchaliśmy od lat trzydziestu i nagle nie mamy wyjścia (na szczęście!) i musimy zajrzeć do piwnicy i na zawsze pożegnać się z przekonaniem, że.
No właśnie.