Taki mam dobry czas ostatnio. Siłuję się z różnymi rzeczami, ale nie czuję się pokonana. Myślę o śmierci zanim zasnę, ale nie czuję się przygnębiona. Siedzę w domu, ale nie czuję się samotna. Mierzę się z przyszłością, ale nie czuję się przerażona.
I nie wiem, co mi pomaga. Czy codzienne 25 minut medytacji? Czy terapia? Czy rozmyślanie o śmierci? Czy książki? (Psychoterapia Ezystencjalna – nie mogę się oderwać od czytania!). Czy dużo czasu wolnego?
Uświadamiłam sobie, że młodość się skończyła, a ja jestem w połowie życia (jak dobrze pójdzie;). I że tę drugą połowę (następny rok, pięć, dziesięć) mogę spędzić albo zadowolona, pomimo starzenia się i różnych życiowych niedogodności, albo niezadowolona ze starzenia się i różnych życiowych niedogodności. Czyli mam wybór.
To tak jak z nogą. Mogę te sześć tygodni spędzić rozpamiętując ile cudownych rzeczy nie mogę teraz robić (ach! bieganie!), a mogę spędzić je robiąc te wszytkie cudowne rzeczy, które mogę. I na ile mogę. Biegać się nie da, ale jogę da się ćwiczyć. Mogę też czytać, leżeć w łożku, spacerować, pływać w morzu. Mogę.
Czytam też Eckharta i Thich Nhat Hanh. Nie wiem, czy dużo z tego pojmuję, ale oprócz tego, że mam wybór, dociera do mnie jeszcze jedna rzecz. Wiecie czym się różni facet, który zabił swoją żonę w kłótni i taki, który nie? Tym, że ten drugi umiał wytrzymać. Umiał być ze swoimi emocjami i nie musiał od razu ich się pozbyć, zrobić coś. Umiał być ze swoją wściekłością, rozczarowaniem, bólem i tak dalej. I to mi się wydaje kluczem do szczęśliwego życia: akceptacja emocji, nawet złych. Umiejętność stania twarzą w twarz ze strachem przed śmiercią, z bólem po stracie, z rozczarowaniem, z żalem, z gniewem. Siła do przeżycia tych wszystkich uczuć bez konieczności ucieczki, wypchnięcia ich w nieświadomość, zamienienia na działanie, uspokojenia za pomocą alkoholu, papierosów, seksu, odegrania się na kimś bliskim, odreagowania na dzieciach i tak dalej.
Rozumiem to, ale jest to takie cholernie, cholernie trudne. Trwanie w bólu – nie: rozpamiętywanie i nakręcanie się, ale trwanie. Trwanie w poczuciu, że jest się beznadziejną. Głupią. Staram się nie odpychać tych myśli, czasem zauważam, jak się pojawiają i znikają, czasem jest to tak potwornie trudne, że uciekam.
Ćwiczę sobie na małych uczuciach – na przykład na swędzeniu. Chęć podrapania się nasila i nasila, jest już tak strasznie mocna, że nic, tylko się podrapać! Jak się nie podrapiesz, to oszalejesz! Już nie możesz o niczym innym myśleć! I jak osiągnie szczyt nie do wytrzymania, to nagle zaczyna słabnąć. Potem znowu rośnie i słabnie. A na koniec mija. Po prostu mija. Jak masz szczęscie;D
Ostatnio byłam na uniwerku, na spotkaniu przed rozpoczęciem roku akademickiego. Rozmawialiśmy o wynikach ankiet studentów, ewentualnych zmianach programowych, średniej ocen, czyli o codzienności uczelni wyższej. Patrzyłam się na tych wszystkich ludzi i czułam, że nie muszę tworzyć strasznie skomplikowanych historii, kto co kogo i dlaczego, nie muszę się zastanawiać czy mnie lubią czy nie i co o mnie sądzą, nie muszę również oceniać innych osób, czy są mądrzy, czy głupi i jak ich inni oceniają, mogę ten cały niemilknący bałagan w mojej głowie wyłączyć, nie traktować go poważnie, skupić się tylko na tym, o czym rozmawiamy. Nie było we mnie napięcia, nie było przyczajenia, nie było skupienia się na sygnałach niewerbalnych i strachu, że coś jest nie tak.
A tak w ogóle to enjoy yourself, it’s later than you think!