Jak powstaje człowiek.

Książkę przeczytałam jednym tchem, to znaczy dokładnie w pół dnia (uroki bycia unieruchomioną w domu:). Jeśli ktoś czytał wywiad z profesorem, to dokładnie wie, o czym jest książka. Nie jestem pewna, czy każda kobieta w ciąży/przygotowująca się do ciąży powinna czytać, ale ja lubię wiedzieć co, jak i dlaczego. I że są takie wady, że dziecko męczy się bardziej umierając po porodzie niż w trakcie aborcji. I że według profesora, który przeprowadza aborcje, życie ludzkie zaczyna się od momentu poczęcia, choć przez pierwsze 4 dni rozwija się tylko z komórek matki. I że nawet 80% ciąż się nie zagnieżdża, więc kończy się na bardzo wczesnym etapie. I my o tym nie wiemy, bo po prostu zanim się nie zagnieździ nie wydziela się hormon gonadotropiny kosmówkowej, który jest wykrywany testami. Czyli 80% żyć umiera na najwcześniejszym etapie, a my nie wiedząc o tym – nie rozpaczamy.

I tak sobie myślę – co nam dała ta wiedza? Co nam dało, że wiemy, że jesteśmy w ciąży, by parę godzin, dni czy tygodni później dowiedzieć się, że nie jesteśmy? Może powinniśmy to zostawić losowi, tak, jak to było dotychczas – nie wiedzieć, dopóki największe niebezpieczeństwo minie.

Byłam w ciąży potwierdzonej testami 3 razy – raz przez 9 miesięcy, raz przez 10 tygodni (5 świadomych tygodni) i raz przez 4 tygodnie (jeden dzień świadomy).

Dziewięć miesięcy zmieniło całe moje życie:)

Dziesięć tygodni dało mi potwornie po głowie, skończyło się krótkim epizodem depresji (właśnie nie żałoby, ale depresji), choć z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że właściwie skończyło się dobrze, bo rozpoczęciem terapii.

Cztery tygodnie, a właściwie jeden dzień – nic nie zmieniły w moim życiu. Ten dzień nie wpłynął na mnie WCALE.

Czyli – jaka jest różnica? Długości czasu przyzwyczajania się, że będzie się mamą? Czyli im dłużej żyjemy FANTAZJĄ, tym gorzej dla nas? A może ta fantazja jest potrzebna do psychicznej przemiany w mamę, może jest częścią procesu niezbędnego do późniejszego bycia dobrym rodzicem? (Bo przecież nie dotyczy jedynie matek).

Czy jest to ‚tylko’ w naszej głowie?

Dla niektórych kobiet tragedią jest przyjście okresu, dla innych – jego nie nadejście. 

Jedne kobiety leżą od drugiego tygodnia ciąży, od dnia transferu, od zrobienia testu, inne wkładają sobie druty i łykają tabletki na wrzody żołądka (też takie łykałam, dostałam je jako najbezpieczniejszy sposób usunięcia martwego płodu, alternatywą było łyżeczkowanie – droższe i bardziej niebezpieczne). 

Mam koleżankę, która rozpaczała jeszcze w piątym miesiącu, kiedy się okazało, że na zabieg za późno. Wściekła lekarka wywaliła ją z prywatnego gabinetu.

16 lat później koleżanka powiedziała mi, że córka jest światłem w jej życiu. Że nic się jej tak nie udało, jak dziecko.

Rok później odebrano jej prawa rodzicielskie, córka mieszka z ojcem, koleżanka podobno pije – podobno, bo jej nie widziałam, nie chce się ze mną spotykać od 2 lat.

Mam koleżankę, która usunęła ciążę jak miała 17 lat. Pojechałam z nią na zabieg. Nigdy go nie żałowała, rozmawiałyśmy o tym może ze 3 razy w ciągu ponad dwudziestoletniej przyjaźni. Do dziś jest pewna – to nie był ten czas i nie był ten facet, choć zarodek (??) był prawdopodobnie zdrowy.

Teraz ma jedno dziecko. Jest jedną z najlepszych, najbardziej czułych matek, jakie znam. Jest wręcz ‚helicopter mother’, ‚krąży’ nad dzieckiem dzień i noc, podporządkowuje jemu całe swoje życie (ale to już inna historia).

Czy wszystko to – ‚ciąża’, ‚aborcja’, ‚poronienie’, ‚urodzenie’, ‚płód’, ‚dziecko’, ‚zarodek’ – to tylko etykietki, nazwy, które utrudniają nam życie tym, co pojawia się w ‚teraz’? Mądrzy ludzie mówią o akceptacji chwili obecnej, ale jak zaakceptować wszystko? Jak pozwolić temu być, nie uciekając i nie zmieniając tego na siłę? Jak być z akceptacją w rozpaczy, depresji, smutku? Jak zauważyć, że te uczucia wynikają z naszego ‚przywiązywania’ się do nazw?

Czy powinniśmy zamykać oczy czy je na siłę otwierać? 

A poza tym – coś dla nie wierzących w przewagę ducha nad ciałem:

W piątek pływałam w morzu i zamierzam to robić dalej. Mam tylko nadzieję, że mi orteza nie zgnije (bardzo jest upierdliwe ściąganie, płukanie i suszenie ortezy, tym bardziej, że trzeba to robić trzymając cały czas nogę prosto).