Słońce, słońce, słońce.
Napisałam projekt badań, jeszcze tylko jeden ostatni rzut oka i wysyłam. Poczułam, że blokada na chwilecżkę została przerwana, że troszkę, troszeczkę łatwiej mi się pisało niż zwykle. Zamierzałam też – inaczej niż zwykle – nie katować się tym nadmiernie, stworzyć coś ‚wystarczająco dobrego’, przeczytać 3 razy i wysłać. Nie próbować stworzyć dzieła dla potomności, nie trzymać rozgrzebanego projektu przez wieczność na kompie, tak długo, aż stanie sie on zupełnie już nieaktualny.
Na badania mogą mi dać 3 tys. euro, a mogą mi nic nie dać, ale i tak chcę to zrobić, nawet bez pieniędzy.
W pracy cisza w eterze. Na mojego wojowniczego maila, krytykującego pomysł wprowadzenia jeszcze jednego przedmiotu z metod badawczych, tak, by moja szefowa i Waneska mogły sobie więcej zarobić bez konieczności wymyślania czegoś nowego, nie ma odpowiedzi.
(Metody badawcze, moi drodzy, to jest taki przedmiot, że wykładowca wchodzi na salę i prowadzi go z przysłowiowym palcem w d…, przedmiot prosty, logiczny, mało pamięciowy, w którym mało co się zmienia a generuje milion godzin wykładającemu – czyli przedmiot idealny dla szefowej i Waneski).
Podejrzewam, że mail niczego nie zmieni, ale musiałam go wysłać, żeby choć odnotowali, że ktoś ma inne zdanie i że być może nie jest to najszczęśliwszy pomysł wprowadzać studentom kolejny przedmiot badawczy z zaawansowanych technik w sytuacji, kiedy są luki w programie i na przykład na migracje czasu nie starcza. A studenci piszą prace słabe jak herbatka dla niemowlaka nie dlatego, że nie znają metod badawczych, ale dlatego, że mają dziury w wiedzy teoretycznej (na przykład byłam promotorem prac o emigracji studentów, którzy w życiu się o tym na studiach nie uczyli).