Tytuł 259

Mam zakwasy od jogi! Okazuje się, że to możliwe.

Bardzo, bardzo mi się podoba, ale nic nie przebije dziadka z kursu za grosze w Teacher’s Club, któremu się wierzy, jak opowiada, że jak medytuje to owady do niego przylatują. Dziadek to po prostu mistrz, raz, jak dziadka nie było a przyszła na zastępstwo pani, która, jak się teraz przekonałam, prowadzi zajęcia na takim standardowym jogowym Dublińskim poziomie, to M przez całe zajęcia przesylał mi bezgłośne miny ‚gdzie jest DZIADEK?? ja chcę DZIADKA!!’, bo dziadek ma w sobie coś takiego, coś takiego, że się wierzy, że człowiek może być tak po prostu szczęśliwy, że żyje, i nie spotkałam takiego czegoś u żadnego innego nauczyciela/trenera czy jak tam się nazywa uczących jogę. Dziadek zawsze nam mówił, że nie można się za bardzo starać, że generalnie podstawowym błędem nie jest nie staranie się wystarczające, ale staranie się za bardzo, napięcie i walka są podstawowym błędem, z tego biorą się wszystkie zła świata – z napięcia, ze stawania na palcach, ze zmuszania się i z chęci udowodnienia sobie i innym. Pamiętam, jak śmiał się opowiadając nam jak raz robił masaż facetowi, który nie mógł się ruszać, bo poprzedniego dnia zrobił setki Sun Salutation, dziadek opowiadał o tym i śmiał się w głos i mówił ‚kiedyś też taki byłem, ale nie róbcie tego, to podstawowy błąd’ i dawał nam przestrzeń i oddech i przerwę od ciągłej presji i wewnętrznego napięcia.

Na terapii zaczęło się ciężej, wcześniej wszystko szło gładko i lekko, było oczywiście trochę emocji, ale bardziej oczyszczających, a teraz trudniej mi się mówi, trudniej zanurza w tym wszystkim, w tych nieprzyjemnych myślach i odczuciach, może oznacza to, że dotknęłam naprawdę takich rzeczy, których wcale nie chcę dotykać ani o nich wiedzieć. Ale cieszę się, że to zaczęłam, że mam jeszcze szansę przeżyć resztę życia w większym spokoju i z większą radością.