Tytuł 260

Adziarzowi zaczął się Junior Certificate, czyli taka mała matura. Od dużej i egzaminu gimnazjalnego różni się tym, że kompletnie nie ma na nic wpływu – uczeń ani nie zmienia szkoły, ani nie liczy mu się to później przy zdawaniu na studia. To jest bardziej taki test, jak dziecko zdaje egzaminy, taki trochę trening, jak to wszystko wygląda i jak można sobie z tym radzić. Zdaje się 9 przedmiotów, każdy z nich można zdawać na jednym z dwóch poziomów, przedmioty obowiązkowe (angielski, irlandzki i matematykę) na jednym z trzech. Cały egzamin trwa ponad dwa tygodnie, czasem z dwoma-trzema dniami przerwy pomiędzy poszczególnymi przedmiotami, jest bardzo stresujący i wyczerpujący psychicznie i fizycznie. Adziarz miał się cały rok przygotowywać oczywiście i codziennie mu przypominaliśmy o 20 minutach nauki na Junior Cert, ale jak to naprawdę wyglądało wie zapewne każdy rodzic dziecka w wieku gimnazjalnym. Czasem się uczył, a czasem nie, częściej się uczył tego, co łatwe dla niego (matma, hiszpański, science), trudniejsze odkładał na świętego Nigdy, angielski zatem istniał w wiecznym ‚jutro’. Muszę przyznać, że za bardzo go nie zmuszałam do nauki, bo po pierwsze – sam jest dość ambitny, po drugie – sama się nauczyłam, że pewne rzeczy, które człowieka nie kręcą lepiej odpuścić, niż się nimi katować, i tak pisarzem pewno nie zostanie, ani humanistą (i całe szczęście;), więc nie stałam mu nad głową z Szekspirem i staroangielskim. Nie to nie. A po trzecie, trochę chcę zobaczyć na co go stać bez żadnego przymuszania i marudzenia, jeśli coś obleje przekona się, że jednak trzeba się trochę uczyć, jeśli będzie miał słabe oceny będzie go to gryzło, bo jest ambitny. 

Wczoraj się bardzo zestresował, bo na egzamin z science (to taka fizyka i chemia w jednym) mieli przygotować projekt przez cały rok, Adek go jeszcze w ostatniej chwili dokańczał i, jak się okazało, nie oddał pani przed egzaminem. Bardzo się tym zdenerwował i prawie płakał, kazałam mu wczoraj iść do szkoły (‚a co jak będzie zamknięta?’) i wybłagać panią, żeby jeszcze ten projekt mu dołączyła do papierów egzaminacyjnych, szkoła była otwarta i pani sekretarka wzięła od niego pracę i włożyła do szuflady pani od science, nie ma więc pewności żadnej, że projekt będzie mu zaliczony. Nie ingeruję jednak, bo chcę, żeby się sam nauczył dbać o swoje sprawy i pamiętać o rzeczach ważnych. Zobaczymy. 

Ja za to wykupiłam sobie na gruponie ‚nielimitowane zajęcia z jogi’ przez miesiąc, byłam wczoraj, idę dziś i jutro, w piątek biegam. Taki mam plan odnowy biologicznej na czerwiec.

Skończyły się egzaminy i prace licencjackie (no, prawie, jeszcze mam 2, ale już nie mogę;) nie mam więc wymówki, wzięłam się zatem za swój projekt/artykuł/badanie i choć cieszę się, że coś zaczęłam, czuję, jak wielką mam blokadę i jak bardzo mieszane uczucia z tym związane. Kocham swoją dziedzinę i chyba naprawdę się na tym znam, ale gdy tylko coś chcę robię w tym kierunku (oprócz nauczania oczywiście) zaczynam świrować. Jak tylko zaczynam czytać do artykułu to ogarnia mnie autentyczna panika, poczucie bycia nikim i pustka w głowie. Mogę doradzać studentom, mogę dyskutować na konferencji, mogę czytać prace M i z zaangażowaniem krytykować i poprawiać nieścisłości, ale jak tylko zaczynam coś robić dla siebie czuję się jak świnka morska spoglądająca w dół wodospadu Niagara. Nic to, w końcu rozkminię o co w tym chodzi. Moja szkoła wymyśliła stypenia badawcze w ilości 1500e rocznie (hehehe, to jest potwornie mało jak na badania, jeśli ktoś nie wie), myślę o tym, żeby aplikować, to może mi to jakoś ustrukturyzuje działania.