Tytuł 266

Napiszę coś, bo już mnie samą te krowie pyszczki straszą.

W poniedziałek Adziarz skończył 15 lat. Z tej okazji chciał kupowany tort, choć zapewniałam go, że mogę upiec jaki tylko sobie zamarzy, cóż, widać mi nie ufa. Może dlatego, że całe dzieciństwo piekłam mu najpyszniejszy na świecie tort z bitą śmietaną, galaretką i brzoskwiniami lub truskawkami, ale niestety okazało się, że najpyszniejszy był tylko dla mnie – on woli kupowane, suche, z okropnym lukrem lub masą na margarynie. Dwa lata temu dałam się przekonać wreszcie, że mój syn może lubić coś tak przeobrzydliwego i nie robię z tego wielkiej afery;)

Skończył się semestr, znowu mam dużo wolnego czasu. Uświadomiłam sobie, że im więcej wolnego czasu, tym większy niepokój mnie łapie, że coś powinnam robić, że marnuję czas, że tracę cenne chwile, a powinnam coś robić. Im więcej wolnego tym bardziej jestem zestresowana.

Chodzę na terapię. I choć za wcześnie by pisać o trwałych efektach, to wyraźnie czuję się lepiej, choćby tylko przez parę godzin. Na początku byłam bardzo nieufna – no bo tak wygadywać swoje prywatne sprawy obcemu właściwie człowiekowi – teraz mam do mojej pani coraz większe zaufanie. I niby tak dobrze siebie znam, a jestem zdziwiona niektórymi mechanizmami, które zauważam. I bardzo wyraźnie widzę, jak dużo lęku noszę w sobie, jak od lat żyję w poczuciu nadciągającej katastrofy, jak taki niepokój większy lub mniejszy jest we mnie cały czas. I zastanawiam się, czy wszyscy tak mają i czy da się zupełnie z tego wyleczyć. A może po prostu jest to część życia.

A co najdziwniejsze, to wychodzi, że najbardziej zaplątaną i neurotyczną mam sferę pracową. To w niej mam najwięcej lęków, zahamowań, świrowania i niepokoju. 

A poza tym skończyłam antybiotyk i chcemy mieć dziecko. I to też mnie przestrasza, choć równocześnie bardzo chcę. 

I mam nadal chrypkę. I to mnie też przestrasza.

No to wychodzi, że taka przestraszona jestem. No jestem.