Cały tydzień był ciężki. I taki jak kolejka wysokogórska, co mi się trochę podobało na początku, ale potem jak mnie wywaliło z torów to już mniej.
W piątek poszliśmy z Mi na wystawę i koncert folkowy do takiego miejsca nowego w naszym klimacie, no może trochę bardzie artystowskim niż my. Ale fajnie. Poszliśmy, bo raz, że zrobiłam test i nie jestem w ciąży, to mogę iść na piwo, a dwa, bo zauważyłam, że mam tendencję do tetryczenia, kiedy siedzę w domu i nie chce mi się wychodzić do ludzi i najchętniej to bym jakies bzdury na necie czytała, a takie wychodzenie daje przeważnie jakiś nowy pęd. Dawno nie słuchałam muzyki na żywo popijając piwo. I z tego wszystkiego, z tej fajności i uniesienia, z tej wystawy i koncertu poszłam sobie obejrzeć obrazy i wylądowałam w ogródku fajkowym. I stałam tam dobre 10 minut napawając się opowiadanymi historiami i śmiechem, wdychając dym, który mi nagle, nie wiadomo czemu zaczął pachnieć, czułam się dość samotna, ale dzielnie wyszłam stamtąd po to tylko, żeby obejrzeć jeszcze obrazy na piętrze i zejść schodami prosto na drzwi na zewnątrz, wyjść na dwór i poprosić o papierosa dziewczynę, która tam stała. No żałość po prostu. M się strasznie strasznie wkurzył na mnie, obraził się i pokłócił i na złość mamie odmroził uszy, czyli poszedł i kupił sobie fajki. I potem tak codziennie niby postanawiał nie palić, ale w końcu się łamał. No to ja razem z nim, no bo wiadomo, choć tylko wieczorami. No i bardzo bardzo bardzo to wszystko było mądre, zwłaszcza, że przy okazji się przeziębiłam i w końcu wszystko mi zeszło na oskrzela i zaczęłam kaszlać takim lekko szczękającym kaszlem i jeszcze świszczę i nie biegam od ponad tygodnia. A do tego wszystkiego miałam akurat 10 prac licencjackich do sprawdzenia i egzaminy na uniwerku i od rana do wieczora zapieprz a wieczorem fajki. No całkiem na mózg mi padło.
A jeszcze w tak zwanym międzyczasie różne znaki na niebie i ziemi i w mym kobiecym ciele zaczęły wskazywać, że jednak chyba mogę być w ciąży, i ten stan podgorączkowy w niedzielę to może wcale nie przeziębienie od stania na deszczu i jarania szlugów, więc pobiegłam we wto do apteki i wysikałam 2 kreski. Ale wieczorem pojawiły się znowu znaki na niebie i ziemi, że jednak nie jestem i znaki trwają do dzisiaj, więc nie jestem. Ale byłam przez 3 dni.
A jeszcze w środę rozpętała się afera z Adziarzem, który oczywiście lekko spuszczony z oka z braku czasu rozbisurmanił się i rozleniwił i w środę miał pokój w takim stanie, że M wyprowadził się z równowagi i zaczął na Adziarza wrzeszczeć, ten w odpowiedzi mu odpyskował, a M go złapał za fraki i go uderzył. Ja bardzo spokojnie wyprowadziłam M z pokoju, ale potem dostałam takiej histerii, że się nie mogłam uspokoić całą noc, bo to się jeszcze nigdy nie zdarzyło, żeby M uderzył Adka. Zaraz mi się mój ojciec przypomniał i jego metody wychowawcze, jak mi na przykład złamał palca, bo mnie strzelił w twarz, a ja się zasłoniłam ręką. No i tak byłam wściekła na M, że dorosły facet, a daje się gówniarzowi z równowagi wyprowadzać, że powinien syna uczyć jak sobie radzić z agresją, a nie szczelać go w ryło za krzywe teksty, przeżywałam to całą noc, jarając, kaszląc i śpiąc oczywiście na sofie. Wczoraj mi trochę pani pomogła zobaczyć tę historię w odpowiednim świetle i dystansie i pokazała, jak biorę to wszystko na siebie i czuję się odpowiedzialna za ich relację, a prawda jest taka, że to jest ich więź i oni to muszą sobie poukładać. Oczywiście M powinien tym pokierować, bo jest duży i dorosły i powinien radzić sobie ze swoją agresją. Na razie się nie odzwywają do siebie, obaj są okropnie uparci i to zawsze ja byłam tą która nawiązywała pierwsze negocjacje po zerwanych kontaktach. Ale teraz świadomie się wycofałam.
A dziś byłam wieczorem chwilkę w pracy w dresie i bez makijażu i spotkałam osobę, której najbardziej nie lubię ze wszystkich i to też swego rodzaju sukces, bo miałam to w rzyci. Czyli się rozwijam;) No i nie palę, kurde palaczem to się jednak jest do końca życia. Tylko można nie palić po prostu. Muszę o tym pamiętać.