
Trochę tego nie widać, ale to jest już wieczór, tuż przed zachodem słońca. Nie jestem najlepszym fotografem (hmmm, to chyba mało powiedziane) a tu na dodatek BIEGŁAM przecież.

To jest taki mały, zapyziały park, że przez większą część roku nic, tylko usiąść i zapłakać.
Oprócz wiosny, kiedy zatyka dech.

Tutaj zaczynam nie móc, a M naśmiewa się i nazywa mnie Chrumcajsem.
Nie wiem dlaczego.

Tutaj M macha i wybiega do przodu, bo ja osłabiona śmiechem ledwo człapię. Ale jest bliżej niż dalej.

Mi triumfujący:

ale ja podziwiam widoki:

i się nie przejmuję.
Dziś 4.28 w 25 minut.
Jutro wielki dzień – w Lidlu rzucają dresy.