Wieczorny bieg

Trochę tego nie widać, ale to jest już wieczór, tuż przed zachodem słońca. Nie jestem najlepszym fotografem (hmmm, to chyba mało powiedziane) a tu na dodatek BIEGŁAM przecież.

 

To jest taki mały, zapyziały park, że przez większą część roku nic, tylko usiąść i zapłakać.

Oprócz wiosny, kiedy zatyka dech.

 

Tutaj zaczynam nie móc, a M naśmiewa się i nazywa mnie Chrumcajsem.

Nie wiem dlaczego.

 

Tutaj M macha i wybiega do przodu, bo ja osłabiona śmiechem ledwo człapię. Ale jest bliżej niż dalej.

 

 

Mi triumfujący:

 

ale ja podziwiam widoki:

i się nie przejmuję.

Dziś 4.28 w 25 minut.

Jutro wielki dzień – w Lidlu rzucają dresy.

Tytuł 268

Moja szefowa mówi tak:



(szczególnie od 1.01)

Mój eks-landlord* mówi tak:



 

A sąsiedzi na dzielni, z którymi robię zakupy w Lidlu, tak:



Dlatego właśnie jak miałam tutaj załatwiać coś przez telefon, to robiłam zawsze tak:



 

Ale ostatnio coś się zmieniło i MOGĘ rozmawiać przez telefon. Proszę bardzo. Z każdym się dogadam. Wreszcie bowiem opanowałam trudną sztukę właściwego używania pauz i odpowiednich operatorów tekstu typu ‚yyyyyy’, ‚well’ i ‚aaaalright’. Cała sztuka polega na tym, żeby celebrować przestoje myślowe i zawieszki umysłowe dając do zrozumienia interlokutorowi, że jego pytanie wymaga dogłębnego przemyślenia, które właśnie w tej chwili się dokonuje. Na jego oczach, to znaczy uszach, można by rzecz. A myśl będąca wynikiem owego dogłębnego przemyślenia zapewne wynagrodzi mu te minuty oczekiwania na nią. Rozmawiając więc co chwila z namaszczeniem cedzę ‚yyyy’, ‚let mi think’, ‚I’m afraid thaaaat’. 

 

Poza tym znowu kąpaliśmy się w morzu. Tym razem pół godziny. Temperatura 10 stopni, słońce, wiatr, czułam się jak w kurorcie w ciepłym kraju, tylko, że nie było ciepło.

———————

* były właściciel mieszkania