Tytuł 269

Dziś piję herbatkę z kurkumy (porządnie obrzydliwa, ale miód i cytryna i ujdzie), wcinam pokrzywę, a za pół godzinki glony na obiad. To znaczy glony i sfermentowana soja, czyli japońska zupa miso. Tylko z grzybami shitake. Zamierzam tak się żywić w ciąży, coby dobre nawyki wyrobić w dziecku, wszak wiadomo, że Japończycy żyją 100 lat. 

Niedługo kończę antybiotyki i choć są ludzie, którzy leczą się i trzy lata na chlamydię, a ja chrypkę nadal mam, to zdecydowałam, że to by było na tyle. Czuję się ogólnie bardzo dobrze, gorączki nie miałam od dwóch lat chyba, kąpię się w morzu, biegam, powinno wystarczyć, żeby moje ciało w końcu poradziło sobie z resztkami cholernej bakterii. Bo nie staję się młodsza, a myślę jeszcze o dziecku.

A jeśli chodzi o potencjalne dziecko to niestety rozsądnie by było go nie mieć. Mi nadal nie ma pracy i myśli jeszcze o studiach (promotorka zaproponowała mu doktoranckie), ja nadal nie mam etatu, budżet ledwo ledwo nam się dopina. No, ale od kiedy mieć dzieci jest w ogóle rozsądne, od kiedy ja jestem rozsądna, powiem wam, od nigdy, i myślę sobie (ale marnym jestem człowiekiem!) myślę sobie, że państwo irlandzkie nam pomoże jakby co, nie da nam umrzeć z głodu i zginąć na ulicy i w razie czego wystąpię o wszystkie zasiłki świata i w nosie mam opinie przemądrzałych o ‚beneficiarach’, bo ta siatka bezpieczeństwa to jest coś, co bardzo cenię w tutejszym państwie i nie ma co się oszukiwać, Irl jest państwem opiekuńczym w tym względzie, w jakim Polska nie jest i dlatego w Irl dzietność wynosi 2.1 a w Polsce 1.32. W Irl jeśli ja stracę pracę i Mi nie będzie miał pracy dostaniemy zasiłek wystarczający na przeżycie (188 euro na mnie + 124 na Mi + 40 na Adka na tydzień) i jeszcze dostaniemy dopłatę do czynszu. Wszystko to wymaga oczywiście tony papieru i mnóstwo czasu załatwiania i udowadniania, że się nie jest łosiem, ale czasu i umiejętności udowadniania to akurat mam pod dostatkiem.

A polskie mamy w parku, takie, co wszystko wiedzą najlepiej, takie, co maja ledwie trzydziestkę i góra dwójkę dzieci, ale poza tym wszystkie rozumy już dawno pozjadały, i wiedzą, co i jak należy robić w życiu, co wypada, a co nie wypada, jak dzieci ubierać, karmić, przewijać i jaki rodzaj życia jest najlepszy i dlaczego właśnie ich, te mamy cedzące codzienne plotki jak dobrą nowinę, oddzielające ziarno (one i ich mężowie i ich dzieci) od plew (cała reszta ludzkości) te właśnie mamy, których cała masa żeruje na polskich forach, karmi się codzienną porcją jadu i oceniania innych, te mamy święcie przekonane, że dzieci powinno się mieć do 30, no – góra – do 35 roku życia, te mamy pełne mniemań i opini, których uporczywe wypowiadanie kusi mnie by każdą z nich opatrzyć przypisem ‚supporting evidence needed, otherwise just speculation’, jak to robię ze słabymi studenckimi esejami, te mamy nie zostaną moimi przyjaciółkami. No cóż.