Dużo pracy, mało kasy, ale staram się mieć na uwadze, że to moje życie i nie może sobie tak po prostu minąć w zagonieniu.
Ostatnio po terapii naszła mnie myśl, że zasługuję na najlepsze, tak po prostu, tylko dlatego, że jestem, zasługuję na najlepsze, na dobro i na miłość, i nie, że inni zasługują na gorsze, ale po prostu każdy w swojej głowie powinien zasługiwać na najlepsze i wbrew pozorom nie równa się to dążeniu po trupach do celu, bo trupy na drodze wykluczają to najlepsze właśnie, na które zasługujemy.
Dlatego też myślę sobie, co bym jeszcze chciała spróbować, co bym chciała zrobić, przeżyć, posmakować, tak po prostu, tylko dlatego, że to jest i że nie można ciągle wkładać do skarpety te 5 euro, tak nieustannie oszczędzać i pomijać takie fantazyjne sprawy, jak wybranie się na stand up comedy, tylko dlatego, że są fantazyjne czyli niekonieczne.
A więc chciałabym wybrać się na stand up comedy, usiąść przy małym stoliczku i pić Guinessa przez słomkę (swego czasu jak zobaczyli to Irlandczycy z pracy, to kazali mi to opatentować i napisać do Guinessa, że wymyśliłam nową strategię marketingową, bo na picie black stuff przez słomkę nie wpadłby żaden Irlandczyk).
Chciałabym również spróbować ostryg, tak po prostu, nie, że jakoś tam koniecznie muszę, ale tak po prostu – chciałabym, więc dlaczego nie.
Kiedyś chciałam się kąpać w morzu w zimie, ale dziś nawet nie dopisuję tego do listy fantazji, tylko do rzeczy naturalnych, tak, będę się kąpać w morzu w zimie, nie muszę sobie tego postanawiać, bo jest to we mnie niczym marchewka w zupie.
Czasem kiedy wracam na rowerze po terapii świat mi się wydaje taki trójwymiarowy na powrót, ścieżka jest, drzewa są, woda jest, rower jest, ja jestem i przesuwam się w tym trójwymiarowym świecie, gdzieś pędzę właśnie tej chwili, zupełnie jak ten elektron, który jest pędęm albo elekronem i przez chwilę nie muszę żyć w swojej głowie otoczona przez kręcące się myśli, przez chwilę jestem na zewnątrz, jestem niczym nie ograniczonym pędęm rowerowym, wiatrem, wodą, liśćmi, powietrzem.