Oto sezon oficjalnie otwarty!
Dziś pierwszy raz w tym roku kąpaliśmy się w morzu. Nie będę się rozpisywać o cudowności pływania w wodzie o temperaturze 10 stopni Celsjusza, ale na samo wspomnienie robi mi się gorąco. Najgorsze jest wejście, a potem już sama błogość- igiełki w paluszkach, masaż całego ciała, morska bryza, fale, słońce, zimno skutecznie wywiewające człowiekowi z głowy wszystkie myśli. Wszystkie. Morska szczepionka. Polarna nirwana. Słona słodka przyjemność.
Bo wcześniej stres. Ucisk w dołku, napięcie, ciągłe poczucie muszęcośzarazzrobić i znowuniezdążyłam.
Poniedziałek – ostatecznie decyduję się zrezygnować z kursu, piszę do opiekuna.
Czwartek – w szkole specjalna komisja decydująca czy możemy nadal prowadzić program studiów policealnych. Ułożone gładkie włosy, umalowane usta, marynarki, krawaty, białe koszule, prawie okrągły stół i pytania. Stres. Umysł pusty, angielskie oficjalne słówka dawno uciekły w popłochu, im bardziej siedzę i nic nie mówię, tym bardziej nic nie mówię i siedzę. Przełamuję się na siłę, właściwie tylko po to, by nie być jedyną milczącą osobą przy stole i zmniejszyć prawdopodobieństwo, że szacowna komisja skieruje swoje najtrudniejsze pytanie w moją stronę. Zaczynam mówić i się uspokajam, wszyscy się na mnie patrzą a ja ciągnę i po chwili się orientuję, że nie jest najgorzej. I kiedy komisja zadaje kolejne pytanie, tym razem podchwytliwe i widzę, że główny szef zaczyna odpowiadać i nagle się tłumaczy i poci, wcinam mu się w słowo i aż sama siebie zadziwiam. Kiedy już jestem w domu dzwoni do mnie szef programu i dziękuje mi za uratowanie sytuacji.
Sobota – wykład na uniwerku, 3 godziny 30 nazwisk, 20 teorii. Nie do końca mój temat. Bardzo ogólnie i bardzo szczegółowo równocześnie, rajd po 150 latach i 3 kontynentach, koncentrat z wiedzy. Intelektualny mecz pierwszej ligii. Bardzo bardzo męcząco. Nie jestem z siebie zadowolona, boleśnie kłują mnie w oczy moje niedociągnięcia. Wiem, że to wyjątkowo trudna forma – ni to powtórka z wszystkiego, ni to wykład – ale tak nie lubię.
W międzyczasie rodzina Mi. Ja cały czas zajęta, pomiędzy wykładem, spotkaniem a terapią, urywam chwile na pogadanie, a potem ścigają mnie wyrzuty sumienia, że nie przejrzałam tego i tamtego, że nie doczytałam i nie sprawdziłam.
Ale dzisiaj morze! MORZE! MORZE! Słońce, wiatr, fakir zawieszony pomiędzy niebem a ziemią, pieszczota drobniutkich szpileczek zimna.
Wyobrażam sobie, że kiedy już będziemy staruszkami kupimy sobie dom nad morzem i będziemy się codzienne kąpać. Tak sobie wyobrażam niebo.