Pani z administracji sie nie odzywa, pewno juz zupelnie sie na mnie wkurzyla, najpierw jej zawracam glowe, zeby mnie wpisac, potem, zeby wypisac, Polka wariatka nie wie czego chce. Ale nic to, bede musiala przydusic we wrzesniu i sie domagac. Napisalam juz do tutora, ze rezygnuje z kursu, nawet bez niego zajechana jestem okrutnie akurat teraz, jeszcze dwa tygodnie i mialabym prawie zupelny luz, no ale niestety. Zastanawiam sie, czy inni ludzie tez tak maja – wieczne poczucie nie dokonczenia czegos w pracy, wieczne poczucie zaleglosci, taki dolek sciskajacy od rana do wieczora i przypominajacy, ze nie czas na relaks. Jak ludzie zyja w takim napieciu caly czas? Moze sa na to jakies sposoby? Musze cos poszukac, bo bardzo meczace jest takie uczucie wiecznego napiecia. Na razie czytam Learned Optimism Seligana (kolejna ksiazka odkryta tutaj) i cwicze niekatastrofizowanie, bo w wymyslaniu katastrof, jak sie okazuje, jestem mistrzem.
A tu taka cudowna pogoda, pierwszy dzien dzisiaj prawdziwie sloneczy od ponad dwoch tygodni, czlowiek po pieciu minutach ma wrazenie, ze zaraz bedzie mial mahon na twarzy.