Kusi mnie, żeby napisać poradnik wariata, czyli jak na własne życzenie zajechać się jak ruski czołg na Ukrainie, zafundować sobie paragraf 22, czyli plan życiowy z mojego ulubionego cyklu tak źle i tak niedobrze i wpędzić się w stany depresyjno-maniakalne oraz bezsenność. Oraz wyjść na głupka na samym końcu.
Życie.
Postanowiłam podnieść sobie kwalifikacje zawodowe. Znalazłam cudowny kurs na moim Uniwerku o uczeniu online. Już widziałam siebie jak z tych prospektów reklamowych: w pastelowych barwach, z długimi włosami, w dobrze dobranych okularach, panna Anna Hanna Wanna, ekspert od uczenia przez Internet. Już widziałam rozbudzoną motywację i iskrę w oku moich studentów, zawzięcie blogujących i tweetujących, odkrywających na nowo rozkosze nauki w wirtualnej rzeczywistości.
Na początek pani administratorka kursu zgubiła moje zgłoszenie. Nie zdawałam sobie jeszcze wtedy sprawy z tego, że stało się to na szczęście, a nie na nieszczęście. Kiedy zatem kurs się rozpoczął, a ja nie dostałam żadnych informacji ani żadnych dokumentów zaczęłam panią molestować, pani najpierw twierdziła, że nie przesłałam swoich papierów, ale – niestety! – udowodniłam jej, że się myli i skutkiem tego zostałam wpisana na listę. Potem wyjechałam na tydzień do Pl do lekarza, potem miałam ferie i postanowiłam się relaksować i sprawami pracowymi się nie stresować. Potem zapomniałam o wykładzie (jak pamiętamy), więc byłam dość zajęta odkręcaniem tej całej sytuacji. W tak zwanym międzyczasie nie mogłam się do kursu zalogować, mimo, że w końcu dostałam hasło i loginu. Próbowałam chyba z tydzień, zanim odkryłam, że nie powinnam się logować od strony pracownika, tylko studenta, jeśli wiecie, co mam na myśli. W każdym razie na kurs dotarłam z jakimś 3 tygodniowym opóźnieniem, w tym czasie wszyscy już tam hulali, jedli, pili i lulki palili, dyskusja wrzała.
Ale co to dla mnie, prawda? Nadgonię.
Do przeczytania mam tylko sześć trzystustronnicowych książek źródeł podstawowych i pięćdziesiąt artykułów rozwijających, do obejrzenia dziesięć wykładów i trzy webinaria, do skomentowania cztery długie dyskusje, do obczajenia parę narzędzi, takich jak delicious czy twitter, do wysłania pierwszą refleksję na zaliczenie. Oprócz tego niezliczone ilości stron internetowych i filmików na youtube. Zabrałam się z impetem za słuchanie, czytanie, rozważanie, dyskutowanie, trochę się zagubiłam w gąszczu wymagań, zadań i aktywności, ale co tam, jechane, ja nie dam rady? Pierwszą refleksję napisałam w jeden dzień, bo więcej czasu nie miałam. Wysłałam pięć po dwunastej, ale dałam radę, a to najważniejsze, prawda? Byłam całkiem zadowolona z odpowiedzi. Można nawet powiedzieć, że byłam bardzo zadowolona. Potem rzuciłam się w wir mojej pracy, bo w międzyczasie oczywiście pierwsze rodziały licencjatów, eseje, testy, wykłady no i akurat w tym roku rewizja programów nauczania, specjalna komisja przychodzi do szkoły i będzie nas przepytywać, a zatem uczestniczymy w kolejnych spotkaniach przygotowujących i czytamy kolejne dokumenty, w tym jeden stu stronnicowy. Ale daję radę, nie?
I tak oto w niedzielę dostałam swoją pierwszą ocenę cząstkową.
Oblałam.
Oblałam dokumentnie, po całości, chyba nikt nigdy na tym kursie nie dostał gorszej oceny. Napisałam nie na temat – zamiast reflekcji na temat uczenia się online, na podstawie doświadczeń z kursu, napisałam o nauczaniu. W mojej szkole. Okazało się, że mój mózg w jakiś dziwny sposób zdecydował, że o tym właśnie ma być ten esej, mimo, że w instrukcji do kursu stoi jak byk, chciałoby się powiedzieć, czarno na białym stoi, że mamy objąć swoją refleksją proces uczenia się online. (Na swoją obronę mogę tylko dodać, że tutor również popełnił parę błędów, i tak dokument o pierwszym zaliczeniu ma tytuł „Zaliczenie 2” a na stronie, gdzie się wysyła swoje prace do oceny nie ma wyszczególnionych wymagań.)
Dobiła mnie ta ocena, ale postanowiłam się nie poddawać. Bo ja po prostu nie jestem poddawaczem. I tak w nocy z niedzielę na poniedziałek rozkminiałam ile godzin w ciągu następnych dwóch tygodni mogę poświęcić na pracę nad kolejnym zaliczeniem, coby znów nie pisać czegoś na chybcika i nie oblać, rozkminianie zajęło mi calusieńką noc, bo okazało się, że nie bardzo mogę. Że pomiędzy przygotowaniem programmatic review, sprawdzaniem prac moich studentów, przygotowaniem wykładu na Uniwerek i chodzeniem na zajęcia w mojej szkole nie mam za dużo wolnych godzin. Że nawet, jak oleję rodzinę Mi, która akurat przyjeżdża w tym tygodniu (następny pomysł jak sobie utrudnić życie – jak ustalałam z nimi termin przyjazdu nie wpadłam na to, że akurat wtedy mogę być, powiedzmy, bardzo zajęta, no kto by tam zaglądał do kalendarza przecież!), to i tak nie mam szans na przeczytanie jakiś 3000 stron i przeglądnięcie dalszych 300 witryn internetowych.
Postanowiłam zrezygnować z kursu. Napisałam to tutora. Ale w poniedziałek dostałam od niego mail, że jest pewien, że sobie poradzę, że na podstawie moich wypowiedzi na forum uważa, że dam radę, żebym nie wpadała w panikę i po południu zaczęło być mi żal, że przecież kurs taki ciekawy, że nie wiadomo, czy uda mi się go jeszcze zrobić, jak teraz nie pociągnę i tak dalej, więc postanowiłam jeszcze spróbować. Wyspałam się i jeszcze bardziej postanowiłam spróbować.
We wtorek rano szefowa zadzwoniła prosząc o zastępstwo, co oznaczało, że kolejne 3 godziny spędzę w szkole, ale nastawiona bojowo wciskałam czytanie w każdą możliwą chwilę. Tak się nakręciłam, że oczywiście kolejnej nocy znowu nie mogłam spać. Postanowiłam zrezygnować. Napisałam do pani, że rezygnuję. Wyspałam się i postanowiłam jeszcze spróbować. Pani nie odpisała, pomyślałam sobie, że może lepiej, że nie odpisuje, bo w sumie mogę spróbować. Czytałam, oglądałam, przygotowywałam. I dopiero wczoraj rano dotarło do mnie, że jeśli chcę kontynuować, to przez weekend powinnam napisać pracę na kolejne zaliczenie, bo w tygodniu nie będę miała ani trochę czasu. W połowie soboty zorientowałam się, że nie dam rady. Nie połknę paru tysięcy stron w jeden dzień, nie jestem w stanie przerobić tyle materiału, przemyśleć go i wykorzystać w projekcie. Muszę zrezygnować. Rezygnuję.
Teraz oczywiście mi żal. I myślę sobie, że może jakbym jeszcze trochę przycinęła. Jeszcze trochę więcej z siebie dała. Ale wtedy przypomina mi się, co mi moja pani powiedziała – że mam tendencję do dokładania sobie w stresie. I że nie tędy droga. Że czasem trzeba sobie odpuścić.
I jeszcze jedno – pani zauważyła, że wygląda to jakbym gdzieś tam w środku nie chciała robić tego kursu. Jakby gdzieś tam we mnie opozycja rozwijała już swoje transparenty i sabotowała każde moje świadome działanie. Za dużo pomyłek, żeby mogły być przypadkowe, mówi pani. Najpierw nie ma mnie na liście, potem nie mogę się zalogować, potem piszę nie na temat.
Umiecie sobie odpuszczać? Ja nie potrafię. Może dlatego choroby mi są potrzebne -jak nie mam już siły, to siebie sabotuję. A jak to nie pomaga, to muszę zachorować.