Nie ma mnie, bo rozmawiam ze swoją nieświadomością. Dwa razy w tygodniu. Nieświadomość nie jest zbyt rozmowna, więc zostaje mi monolog i błyskotliwe interpretacje mojej pani.
Na przykład taka: może pani daje dobrą odpowiedź na złe pytanie. Sfinks by tego lepiej nie ujął. Coś w tym jest, myślę sobie jak przyglądam się swojemu życiu. Na przykład, dlaczego zawsze na wykładach zbaczam na temat, na którym się nie znam. Jak parkowy zboczeniec, trzymam się pokrętnych niejasnych teorii i koncepcji, które urzekają mnie właśnie swoją niejasnością, swoją tajemnicą i niekompletnością. Dlaczego rwę się z odpowiedzią na pytania, których nikt nie zadał. Zgłaszam się, trzymam paluch w górze, czuję, że muszę, muszę to powiedzieć, a potem się okazuje, że nie wiadomo o co chodzi. No zupełnie.
Pani się pyta, czy to mi coś przypomina, czy coś mi się z tym kojarzy. Oczywiście, że tak, odpowiadam. I czuję się jakoś znajomo, jakbym dotknęła czegoś z czym się przyjaźnię od lat. Ale siedzę i siedzę i staram się sobie coś przypomnieć i nic mi nie przychodzi na myśl, o nie, co to to nie, moja nieświadomość nie jest jak ta oswojona świnka co przychodzi na zawołanie, świnka Halinka, co to ją można głaskać i poniżać a potem ją zbić i zjeść, moja nieświadomość jest królową, która objawia się tylko w działaniu. Albo w snach.
Cóż za ujmujące istnienie – w działaniu i w snach, i wbrew pozorom nie są to wcale odległe sfery, a naczynia połączone. Sny objaśniaja zachowania, zachowania wcielają sny. Oba są dalekie od racjonalności, rozumu i tego, co nazywamy swoim ‚ja’. Od tego wszystkiego, co wiemy o sobie na co dzień, od racjonalizacji (bo przecież nie racjonalności), którymi karmimy siebie i swoich bliskich od rana do wieczora, po to, by dalej móc bawić się w te swoje kompletnie dziecinne gierki z życiem. W które kolejny raz przegrywamy i obrażamy się na cały świat wrzeszcząc ‚ja się tak nie bawię!’, ale zapominamy, że tym razem nikt nas nie słucha i nikt nas nie będzie do tej zabawy namawiał. Bo w pokoju nikogo nie ma i tylko my sami od lat walczymy ze sobą.
***
W ciągu ostatnich paru miesięcy takie numery samej sobie wycięłam, że chyba kompletnie staciłam wiarę w swoją rozumność i poczytalność. I nie piszę tu tylko o listopadzie i grudniu, miesiącach, w których deszcz jak siwe łodygi, szary szum, a u boku smutek i konanie i tak dalej. Nie. Piszę tu również o styczniu, czasie zmartwychwstania, i marcu, wesołym marcu, wiosennie pachnącym trochę przygłupim filuternym marcu, który wyjął grosik srebrny, teraz, teraz będzie mu potrzebny i gromadkę uśmiechniętą pyta jakie dzisiaj święto? I tak, pomiędzy rozkwitającymi tulipanami, myciem okien a słońcem założyłam sobie podwójnego nelsona i poprawiłam prawym sierpowym, a potem jeszcze z liścia, i z kolana i bardzo dumna z samej siebie uśmiecham się pod wąsem. Którego nie mam. Na skutek powyższych okoliczności nie spałam całą noc w poniedziałek, całą, caluteńką, od wieczora do rana bujałam się w kolejnych rundach Nie_ty vs. inny_glos, panna Anna contra Hanna wanna, do świtu, i jak się masz, kochanie, jak się masz, powiedz mi, kiedy znowu cię zobaczę.
A zatem nie śpię. Najwyraźniej nie mam ochoty komunikować się ze swoją nieświadomością. Wygląda na to, że nie jestem zainteresowana tym co ta stara wariatka ma mi do powiedzenia tym razem. We wtorej się wyspałam, po to, by nabrać sił na kolejną rozgrywkę w środę, kiedy to już standardowo stawiłam się na ringu o 2, by ostatnią rundę stoczyć koło 5. Śpię 2 godziny. W pracy zasypiam. Studenci umierają z nudów.
A pani mi mówi: a może pani daje sobie dobrą odpowiedź na złe pytanie? Sfinks to mały pikuś.