Tytuł 284

W środę zaraz po szkole leciałam do Pl. A na lotnisku koniec świata – wiało, duło, świstało, wyło i zacinało deszczem. Połowa lotów poodwoływana, ale mój po półtorej godziny opóźnienia wystartował. Jak wchodziłam po schodkach do samolotu to mało co mnie nie zwiało, a przed startem to samolot się bujał tak, że dziewczyna za mną wpadła w histerię i zalała się szczerymi łzami i smarkami. Ale przeżyliśmy.

W Pl było cudownie, trzy dni i sześć spotkań, oprócz tego basen, sauna i moja najcudowniejsza najukochańsza krioterapia – pływanie w lodowatym basenie na zewnątrz. Teraz czekam tylko jak się sztormy uspokoją i zaczynam pływanie w morzu. Zrobiłam też sobie parę badań, o moje ty drobne radości hipochondryka!, w tym tarczyca i próby wątrobowe, oczywiście okazuje się, że jestem anemiczna, ale zdrowa jak koń, próby wątrobowe jak u nastolatka, czyli mogę imprezować dalej. Wit D powoli wzrasta. Tylko hemoglobina mi spada – podejrzewam niską wchłanialność przez leki. Zaszalałam i zrobiłam sobie jeszcze poziom ołowiu – a kto hipochondrykowi zabroni? – ale wyniki dopiero Mi odbierze, jak będzie w Pl.

Najważniejsze spotkanie odbyło się w gabinecie lekarskim i też było o dziwo miłe. Królowa śniegu była tym razem łaskawa i zaszczyciła mnie uśmiechem i dobrym słowem. Antybiotyki jeszcze przepisała na miesiąc, bo choć płucach już czysto te cholery siedzą mi w gardle. Ale nie muszę już przylatywać na kontrolę i po skończeniu antybio mogę starać się o dziecko.

I czuję, że się lepiej czuję.