Tytuł 287

Przeżyliśmy czterdzieste urodziny Mi w przybytku rozpusty Dr Quirkeys Good Time Emporium, do którego to zaciągnął nas znany hazardzista Adziarz. W przybytku owym straciliśmy z 10 euro na granie, co było dla mnie rozpustą dziwną i mroczną i kolejne 12 na bilard, co było warte swojej ceny. I tak oto obeszliśmy 40stkę bezalkoholowo i bezimprezowo, ja bowiem kolejne dni na antybiotyku, a Mi nie ciągnęło samego do knajpy. No i dobrze.

Dzień wcześniej jeszcze zaliczyliśmy małe nieporozumienie, kiedy równo o 12 wręczyłam mu prezenty (czekolady z chili i pieprzem, śmierdzące sery, specjalna herbatka) a on na to: przecież wiedziałaś, że nie będę jadł nabiału od swoich urodzin! I nie chciał niczego spróbować, mimo, że był dopiero dzień wcześniej, ale 12 w nocy, i prawie wszystko w paczce było z jakąś formą mleka i mówił: no nie przejmuj się, bo herbatka super!

A mi tak przykro się zrobiło, tak niewymownie przykro, że nie mogłam zasnąć i przychodziły mi na myśl młode weganki, które oto od teraz będą interesować mojego męża, który oczywiście mnie zostawi i zostanie eko-terrorystą, o którym będę od tej pory czytać w gazetach, w których ta jego twarz tak bardzo znajoma obcą będzie mi się wydawała i dziwną, jak portret pamięciowy.

Kupon na masaż go udobruchał i rano wstał i zaczał jeść sery i wiedziałam, że między nami już wszystko dobrze i nie muszę zostawać młodą weganką.

A w Irl wiosna wiosna! jak co roku od początku lutego. Moje tulipany zasadzone w najmroczniejszym miesiącu listopadzie mają już z 3 centymetry i tylko patrzeć, jak zaczną kwitnąć. Wichry, deszcze i huragany powoli przynoszą coraz cieplejsze powietrze, był pan i umył nam okna z zewnątrz (tutaj się one tak sprytnie otwierają, że nie da rady umyć ich z zewnątrz samemu).