Ach, nawet mam postanowienia noworoczne.
Skoro rzuciłam palenie (nie ma to jak być drama queen i wymyśleć sobie do tego celu raka płuc), to w tym roku chcę dwóch rzeczy: więcej działania z wewnątrz i więcej otwartości na nowe.
Działanie z wewnątrz to wniosek z dwóch ostatnich miesięcy. Chodzi o takie działanie, które nie będzie skierowane na pozór, na widok, na zewnętrze, tylko o takie, w którym będzie chodziło o treść, o istotę, o sedno. To nie tak, że wygląd nie jest ważny, ale że nie jest samym sednem. Nie chodzi o to, żeby wyglądać na szczęśliwego, ale by być szczęśliwym. Nie chodzi o to, żeby dobrze wyglądać na zdjęciu, ale by czuć się dobrze. Nie chodzi o to, żeby inni uważali, że odnieśliśmy sukces, ale żebyśmy my czuli, że to co robimy jest ważne. I tak dalej. Nie ważny jest pozór, wrażenie, o to, co inni myślą, ale o to, co my myślimy i jak się czujemy. Chodzi o to, żebyśmy czuli, że to, co robimy w życiu ma sens, niezależnie od tego, co myślą inni ludzie. Tylko wtedy będziemy w stanie wytrzymać nieuniknione porażki i potknięcia w dążeniu do celu, przeczekać okresy zastoju i kryzysu, momenty, kiedy wszystko idzie nie tak.
W tym roku chcę się również otworzyć się na ludzi. Na nowe znajomości, na wyjścia, na spotkania, na rozmowy, na budowanie więzi. Na emigracji poczułam jakie to wszystko jest ważne – przed wyjazdem byłam zanurzona w gęstej sieci kontaktów społecznych, których nawet nie zauważałam, które po prostu były. Moi przyjaciele, niektórzy od ćwierć wieku, koledzy i koleżanki ze studiów, moje środowisko, mnóstwo dalszych i bliższych znajomych, właściwie nie wiadomo skąd, i oczywiście rodzina. Bardzo, bardzo brakuje mi tych więzi, które chyba dopiero teraz zaczynam doceniać. Wielu Polaków na emigracji ma przerażająco małą siatkę kontaktów społecznych, wielu z tych, których znam, siedzi samotnie w czterech ścianach, albo samotnie we dwójkę lub nawet we czwórkę izolując się od otoczenia. Bo ludziom nie można ufać, bo cię mogą oszukać, okraść albo nawet zabić, bo choć listonosz dzwoni dwa razy zawsze może się okazać seryjnym mordercą, a świadkowie Jehowy pedofilami, ciapaci w sklepach to zboczeńcy i gwałciciele, Musle to terroryści, Irlandczycy to głupki a rodacy cię zawsze przekręcą. Trzeba siedzieć w domu, w czterech ścianach, oglądać polską telewizję, słuchac polskiego radia, gotować zupę ogórkową i bigos, może wyskoczyć do Mroza po flaczki. Albo piwo. Taki Polski syndrom zamknięcia.
Więc siedzą zanurzeni w swoich projekcjach, w powietrzu unosi się duszący zapach siuśków, kapusty i paranoi, okna szczelnie zamknięte, bo ogrzewanie drogie, razem z nimi Loska w cekinowej bluzce i polskie złote przeboje, stracone złudzenia i przywiędła młodość. Duszno duszno duszno.
Wiem, że jest trudno. Potwornie trudno jest wyjść do innych ludzi, założyć ich dobre intencje, zaufać i się otworzyć. Ale dość mam tej duchoty, tego kiszenia się we własnym sosie, tej nieufności, podejrzliwości, wiecznego żalu, zawiści i oskarżania innych. Ja nie chcę tak żyć. Nie mogę tak żyć. Świadomie zatem sobie postanawiam w tym roku, że będę wychodzić do ludzi. Będę wychodzić na piwo, albo do klubu dyskusyjnego, zgłoszę się może na jakiś wolontariat, będę angażować się w sąsiedzkie akcje, marsze i protesty. Chcę być połączona ze społeczeństwem, chcę się czuć częścią społeczności. Ale też nie dam już innym ludziom rządzić moim życiem i nie pozwolę planować mi czasu. Och, to widzę mam trzecie postanowienie. W tym wszystkim wykroić dla siebie przestrzeń, nie dać się zagarnąć ani mężowi, ani koleżankom, ani samotnym sąsiadom, nie czuć sie wiecznie zobligowaną, winną i odpowiedzialną za cudze życie. Żyć swoim życiem, mieć prawo do swojego czasu, nie dać się manipulować. Umieć odmawiać.
To jak zwykle kwadraturę koła sobie zadałam – być połączona z ludźmi, ale nie zagarnięta. Ale wierzę, że tak się da.