Czułam, że jest ze mną bardzo źle i to na wszystkich poziomach: psychicznym i fizycznym.
Po jednej takiej szczególnie upojnej nocy, kiedy leżałam w łóżku i prawie przez całą noc czułam, że się rozpadam na kawałeczki, kiedy nie byłam pewna, czy już zwariowałam, czy może umieram, poszłam do mojej GP. Opowiedziałam jej piąte przez dziesiąte jak się czuję, GP mnie osłuchała, zbadała i zapewniła mnie solennie, że nie mam raka płuc. Dwa RTG nic nie wykazały, nie mam żadnych obajwów, oprócz delikatnego kaszlu, ona nie słyszy nic niepokojącego w płucach. Przepisała mi tabletki nasenne (hehe, tylko 5, cobym czasem nie przedawkowała), zapisała sobie w karcie ‚pacjent narzeka na ogromny niepokój’ i na koniec zapytała się jakie badanie mogłoby mnie przekonać, że nie umieram. Wiedziałam, że na tomograf komputerowy płuc nie mam szans (hehe), więc tylko zażyczyłam sobie morfologię krwi. Wyniki były już po paru dniach – jestem zdrowa, oprócz lekkiej anemii. No, ale po poronieniu to możliwe.
Coraz bardziej wyglądało na to, że to, jak się czuję, jest tylko w mojej głowie. Siostry mnie wysyłały na terapię i to biegusiem. Sama już dawno miałam taki pomysł, wiedziałam jednak, że niestety terapia w Irl jest bardzo droga (80e za godzinę) i mnie na nią nie stać. A jeszcze dodatku typ terapii psychoanalitycznej, polecany przez moje siostry, wymaga co najmniej 2 wizyt tygodniowo przez dłuższy czas. No nie do przeskoczenia. Ale w życiu tak jest, że jak nie ma już wyjścia drzwiami, to znajdujesz oknem i jak się bardzo chce, to niemożliwe staje się możliwe. Pogrzebałam w necie i znalazłam Instytut Psychoanalizy przy uniwerku, który prowadzi tak zwaną dostępną terapię, dla tych, którzy nie mogą sobie pozwolić na luksus 80-160 e tygodniowo. Jeszcze w grudniu zadzwoniłam do Instytutu, byłam pewna, że na low-cost therapy trzeba czekać miesiącami, ale bardzo miła pani koordynator wyznaczyła mi pierwsze konsultacyjne spotkanie na styczeń. Pojawiło się światełko w tunelu.
Jedyne, co mnie trzymało przy życiu to wyjazd do Polski na święta. I zaplanowane wizyty u lekarzy w Pl. I wiara w to, że terapia mi pomoże, jeśli lekarze znowu stwierdzą, że jestem absolutnie zdrowa.
Leciałam 20 grudnia jak zombi, zamrożona do szpiku kości, po raz pierwszy miałam w dupie, czy samolot się rozbije, czy nie, jak wyglądam, jak nie wyglądam i tak dalej. Miałam być w Pl 3 tygodnie, nie planowałam żadnych spotkań z przyjaciółmi, nie umawiałam się na żadne wyjazdy, nie myślałam o Sylwestrze ani o niczym innym. Oprócz najbliższej rodziny nikogo nie informowałam, że przylatuję. Właściwie to nie myślałam dalej, niż jak przeżyć dzisiejszy dzień.
CDN