Tytuł 295

A zatem byłam w ciąży zadowolona i spokojna, smyrania nie czułam.

Niestety, w 11 tygodniu okazało się, że płód nie żyje, prawdopodobnie od miesiaca. Dostałam tabletki na poronienie. Nawet mi nie było za bardzo smutno. Wcale nie płakałam.

A potem się zaczął zjazd. Do dzis sie zastanawiam, czemu mnie to tak uderzyło, czemu tak bardzo to przeżywałam, aż tak bardzo, że w pewnym momencie zaczęłam czuć, że to ja umieram. Smyranie wróciło pod postacią uczucia zaciśniętej pięści w płucu, czułam, jakbym coś tam miała, czego kasłanie nie usuwa. Dodatkowo czułam, że mam lekką chrypkę, choć nikt jej nie słyszał. Ale odchrząkiwałam i odchrząkiwałam i kasłałam i kaslalam. Raz, kiedy chłopaki poszli na szachy, zrobiłam sobie taką sesję odchrząkiwań w domu, dostałam prawdziwego szału, że muszę to w końcu odchrząknąć i chrząkałam tak, że w końcu zaczęłam rzęzić.

Nadal biegałam od czasu do czasu i po biegu czułam się lepiej, bardziej kasłałam, ale produktywnie i w dodatku czułam, że nie umieram. Ale to były rzadkie chwile. Przeważnie czułam, że mam raka płuca. Myślałam sobie, że może to wymyśliłam, chwytałam się wszystkich możliwych sposobów, starałam się skupić na innej części ciała, starałam się nie odkasływać przez cały dzień, starałam się medytować nad tym uczuciem, ale tak naprawdę było ze mną coraz gorzej. Wyraźnie FIZYCZNIE czułam coś w płucu. I miałam niesłyszalną chrypkę. Do tego trochę pobolewało mnie ucho – znowu tak niezauważalnie, tak delikatnie, tak na granicy odczuwania, czasem przestawało, a czasem zaczynało znowu.

Zaczęłam kompletnie świrować, czułam się coraz słabiej, schudłam 2 kilo w ciągu miesiąca. Nie chciało mi się jeść, nie mogłam spać, nie chciało mi się nic. Chodziłam na wykłady jak na jakimś takim automatycznyn pilocie, do dziś nie wiem jak mi się udało przetrwać te dwa miesiące w pracy. Nie robiłam nic ponad absolutnie minimum, nie przygotowywałam nowych wykładów, nie wymyślałam żadnych ćwiczeń na zajęcia, nie robiłam nic, ponad przyjście do klasy i powiedzenie tego, co mam powiedzieć. Wychodziłam z wykładu i czułam, że mam raka, jechałam do domu zalewając się łzami. 

Mi już miał mnie dość, zaczęliśmy się trochę kłócić. Adek nie wiedział o co chodzi, ale czuł, że coś jest nie tak, powiedziałam mu, że przeżywam utratę ciąży. Co chwilę ryczałam. Czułam się jak wyjęta ze skorupki małża, jak slimaczek, jak jez bez kolcow. Wszystko mnie bolało. Nie mogłam oglądać większości filmów, bo za bardzo mnie dotykały, nie mogłam czytać książek, bo za bardzo je przeżywałam. Jedyne, co mi pomagało, to rozmowy z moją mamą i siostrami, które wysłuchiwały mnie godzinami, zastanawiały się nad moimi snami i myślami i ciągle zapewniały, że nie mam raka płuc, że sobie to wymyśliłam. Godzinami rozmawiałam z mamą o tym jak trzeba żyć i o strachu przed śmiercią, długie popołudnia i wieczory spędzałam na płakaniu w słuchawkę siostrom. Czytałam książki o psychoanalizie i psychologii głębi, książki o strachu przed śmiercią i kryzysie, który nieuchronnie przychodzi do każdego. Czułam, że to, co się dzieje ze mną dzieje się równocześnie na wielu poziomach, przeszłość jest splątana z teraźniejszością i lękiem o przyszłość, czułam, że dotarłam do takiego punktu w życiu, że jeśli nie zacznę czegoś w sobie zmieniać, to nie wyjdę z tego żywa. Równocześnie czułam, że umieram i czułam to fizycznie: słabnę, chudnę, nie mogę spać, mam flegmę, której nie mogę odkrztusić i zaciśniętą pięść w płucu. Nie moge oddychac.

CDN