Na koniec napiszę wam, że się czuję ostatnio tak dobrze, że nie pamiętam kiedy się tak dobrze czułam. Wstaję rano i myślę sobie o nadchodzącym dniu i myślę ‚ale fajnie’. Tak sobie myślę. I teraz tak: czy to witamina D? Czy to pogrom bakterii? Czy to nareszcie żałoba mi mija? Czy nareszcie wiem co mi było? Czy to terapia? Czy zmiana przyzwyczajeń? Czy joga? Czy nie wkręcanie się w różne sytuacje, unikanie manipulacji i manipulatorów, nie stawianie się przed ścianą?
Pewno wszystko po trochu.
A teraz obiecane wnioski o jedności ciała i ducha.
Jak patrzę na to wszystko wstecz, to wyraźnie widzę, jak spirala się zaczęła nakręcać od początku tego roku. A właściwie od co najmniej pięciu lat. Od przyjazdu do Irl i od ogromnego stresu w nowej pracy (przygotowywanie wykładów non-stop, wieczne poczucie porażki i ciągnące się miesiącami życie na pełnej mobilizacji). Praca codziennie do 11-12 w nocy, tak potworny poranny stres, że nie byłam w stanie prowadzić wykładu bez tabletki uspokajającej. Przeciążenie nadnerczy (stres) spowodowało nadmierne wydzielanie kortyzolu, spadła mi odporność zatem, przyplątała się chlamydia i mycoplasma. Bo to są bakterie, z którymi co najmniej 70% ludzi miało kontakt, ale nie wszyscy chorują na zapalenie płuc od razu, co więcej – nie wszyscy chorują na postać przewlekłą. Oznacza to, że organizm sobie z tymi cholerami normalnie radzi. Ale nie w stresie.
Następnie przewlekły wysoki stan kortyzolu powoduje, że ciało stara się wrócić do równowagi i zaczyna obniżać jego wydzielanie. Wtedy człowiek czuje się gorzej i gorzej. Ale do tego jeszcze daleko, człowiek może bowiem w podwyższonej gotowości trwać parę ładnych lat. O tym, że coś jest nie tak mogą świadczyć na przykład tylko kłopoty ze snem. I ja coś takiego miałam – tak jak nigdy wcześniej nie miałąm problemów ze spaniem, ba, wręcz dumna byłam, że tylko przyłożę głowę do poduszki, to już chrapię, w Irl zaczęłam się regularnie budzić koło 3-4 w nocy i nie mogłam spać aż do rana. Ale dawałam radę. Aż do czasu.
Stopniowo, jak tylko szkoła mnie już trochę mniej stresowała, sama zaczęłam sobie dokładać do pieca, że nic nie robię, że nie publikuję, że nie robię żadnych badań, że jestem beznadziejna i tak dalej. Znacie to. Jechałam po sobie coraz bardziej i bardziej, a w międzyczasie dostałam drugą pracę, tym razem na Uniwerku, czyli kolejne wyzwanie. Potem wystarczyło tylko rzucić palenie (kolejny potworny stres dla organizmu, co by nie mówić o korzyściach zdrowotnych, rzucenie palenia wypieprza cię w kosmos na pierwsze 3 miesiące), zagonić się w kozi róg z artykułem, zajść w ciążę (kolejny raz hormony wyrzucają cię w przestrzeń kosmiczną) i ją stracić (hormony wykopują cię poza układ słoneczny), zacząć się martwić mieszkaniem, tym, że Mi nie ma pracy i Adkiem.
Do tego dołóżmy sobie 4 kawy dziennie, nieregularny czas pracy i kończenie wykładów często o 9.30, bycie wiecznie wystawionym na widok publiczny (na środku klasy przecież), trudności z zasypianiem i budzenie się w nocy. Na dokładkę unikajmy słońca (tak, sama sobie taka mądra byłam, że wkręciłam sobie, że słońce to ZUO i rak skóry, przestałam się zatem opalać w ogóle) i powiększający się brak witaminy D. Dołóżmy do tego brak asertywności, nieumiejętność odmawiania, poddawanie się różnorodnym wampirom energetycznym, po rozmowie z którymi człowiek czuje się jak przeciśnięty przez wyżymaczkę, podczas gdy wampiry odzyskują dobry humor.
I nagle jesteśmy w takim stanie, że czołgamy się po podłodze i nie wiemy, czy damy radę przeżyć kolejny dzień. I czy w ogóle chcemy go przeżywać. I nagle mamy kompletną dezintegrację osobowości w nocy a rano boimy się, że mogliśmy zgubić jakiś kawałek siebie i już zawsze będziemy mieli dziurę w głowie.
I wiecie, że można się tak samemu zajechać?
Zrozumiałam, że ja właściwie sama się w tą chorobę wpędziłam, naprawdę. Takim niedbaniem o siebie, lekceważeniem swoich potrzeb, nie słuchaniem swojego ciała i swojej intuicji, I wiecznym poczuciem, że nie jestem dość dobra, że inni to hoho! a jak tak się lenię i powinnam więcej i więcej. Takim nie dawaniem sobie przestrzeni, nie pozwoleniem sobie na zwolnienie obrotów, takim wiecznym napięciem i niezadowoleniem z siebie. Takiem poddawaniem się innym ludziom, brakiem umiejętności chronienia siebie i dawania odporu negatywnej energii innych. Takim przekonaniem, że muszę coś ‚zrobić’, ‚osiągnąć’, ‚zasłużyć’ , że muszę się napiąć i dać z siebie wszystko. No to wszystko oddałam i nie zostało mi nic.
No prawie nic.
A jutro wam napiszę jak się naprawiam.
Och, jest to cudowne. Na przykład dzisiaj w ramach naprawy spotkałam się z Frozen:) W ramach wyjścia do ludzi i otwierania horyzontów i budowania sieci.

