Tytuł 302

Staram się z bagna wyciągać za włosy jak baron Munchausen, ale to jeszcze trochę potrwa. Włączyły mi się WSZYSTKIE stare traumy z wczesnego dzieciństwa i późnego nastolectwa. Wobec tego uruchomiłam też wszystkie zasoby: yoga, medytacje, bieganie, codzienne godzinne rozmowy mamą i siostrami, książki książki książki. (Wiecie że w Irlandii jest prowadzona biblioterapia? Możecie pójść do lekarza, a on wam da receptę na książkę. Serio serio. Uchachałam się z tego pomysłu, ale w sumie – dlaczego nie? Skoro zawsze jak jest źle jeden z moich pierwszych impulsów to pójść do szkolnej biblioteki i spędzić parę godzin przed półką z psychologią i psychoterapią…). Odłożyłam spotkania towarzyskie, można by rzec, że się ukrywam w domu.  Odłożyłam na bok AMBICJE i PLANY. Chcę mieć to wszystko w dupie. Chcę żyć. Chcę po prostu żyć.

Walczę i się nie poddaję. Myślę sobie – po pół roku w obcym kraju zaczęłam wykładać w obcym języku, to nie poradzę sobie z samą sobą? A jednak. Na samą siebie takie siłowe metody nie działają. Im bardziej się ze sobą siłuję, tym jest gorzej. Im bardziej się zmuszam, tym mniej mam siły. Im bardziej biorę się za pysk, tym więcej życia ze mnie uchodzi. Im bardziej się PRZEŚLADUJĘ tym bardziej umieram. Nie jestem historią sukcesu, bo nie tędy droga.

Coraz bardziej do mnie dociera, że muszę dużo dużo w sobie przebudować. Po każdym kryzysie po jakimś czasie niestety wracam na stare koleiny, ale właśnie wtedy, kiedy to czerwone światełko miga, a alarm wyje, WIEM, WIEM WIEM, że nie mogę tak dłużej, że jak się nie zmienię tam w środku, to zginę.

Och, wiem, że nic z tego nie rozumiecie. Ja też jeszcze nie bardzo. Wiem tylko, że włączył mi się wielki, czerwony, wyjący alarm w środku i muszę coś zrobić, żeby ujść z życiem. A to, co muszę zrobić robię po omacku i wbrew swoim pierwotnym instynktom, bo nie podobne jest zupełnie do tego, co robiłam dotychczas i nie podobne jest to do tego, co myślałam dotychczas. Uczę się chronić samą siebie, uczę absolutniej szczerości z samą sobą. Uczę się być sobą (haha, większego steku banałów dawno nie czytałam;) i nie realizować czyjejś obłędnej koncepcji na bycie mną, ani tej dobrej, ani tej złej, ani tej projektowanej po dobroci, słodkiej jak maliowa kaszka, ani tej wmuszanej na siłę, jak ciepła zupa mleczna z kluchami z metalowego talerza. Uczę się nie ulegać projekcjom na temat tego, kim jestem – bo nie jestem ani dobra ani zła, ani ciepła ani zimna, ani pomagająca i wyrozumiała ani odrzucająca i okrutna. Chyba najtrudniej się uwolnić od iluzji bycia ‚dobrym człowiekiem’, od tej fałszywej polukrowanej otoczki, tego, że już nie możesz, a jeszcze pomagasz i wysłuchujesz, a raczej udajesz, że pomagasz i wysłuchujesz, bo się za bardzo utożsamiłeś z fałszywym obrazem. Chrystus nakarmił nas swoim ciałem – czy wobec tego my też powinniśmy sobie rękę odciąć i ugotować na niej zupę, by nakarmić głodego? Uczę się też tego, jak bardzo ciało jest związane z umysłem, jak bardzo zapomnieliśmy o tym i zamiast pracować z umysłem by mieć wpływ na ciało, skupiamy się na gimnastyce, by mieć wpływ na umysł, machamy rękami i głodzimy się na diecie, bo liczymy, że dzięki temu znikną nasze lęki, kompleksy i blokady. Chociaż myślę, że wysiłek fizyczny pomaga, ale nie sam, nie jako narzędzie do dalszego katowania się próbami osiągnięcia jakiegoś wymyślonego ideału. Czyli w skrócie: w dupie mam swoje fałdki na brzuchu. Ech, skomplikowane to wszystko.

I wciąż nie wiem ‚jak się staje czym się jest’. Błądzę i zawracam.

Czasem się zastanawiam po co ja to wszystko wypisuję – staram się być tak szczera, jak tylko mogę sobie na to pozwolić i często ostatnio czuję się na blogu jak naga na środku ulicy (no, powiedzmy w biustonoszu – ładnym! – i w majciochach) lub czuję, że mogę kogoś zaboleć. Ale, myślę sobie, ale jeśli choć raz opis moich świrów pomógł komuś, tak jak mi pomogły wielokrotnie wasze doły (dziwne, prawda?), przyniósł choć chwilową ulgę, to czuję, że warto. Oprócz tego, że na pewno warto dla siebie (ale jak tylko dla siebie to trzeba by zamknąć bloga i rozebrać się z tej bielizny).