Tytuł 303

W międzyczasie, między dumaniami nad istotą bytu, rozmyślam również  nad kupnem domu. Takie nowe hobby: przeglądam oferty na necie. Takie nowe zupełnie nie praktyczne hobby, skoro Mi nie ma pracy, a ja pracuję na kontrakt, ale taką mi to przyjemność sprawia, że oddaję się temu cudownemu marnowaniu czasu z uporem maniaka. Szlag mnie trafia, że płacimy od pięciu lat komuś do kieszeni, zamiast spłacać swoje mieszkanie, które mogłabym urządzić po swojemu, przykleić tapety jakie lubię, powbijać gwoździe we wszystkie ściany i powiesić ukochane zdjęcia, mieć kawałek trawy za domkiem i posadzić tulipany, marchewkę i sałatę, zrobić sobie kompost, posadzić drzewo, zrobić hustawkę na drzewie, zbudować sobie szopę, może kupić sobie jakiegoś żywego zwierzaka (kozę?) no i w ogóle.  Od trzech lat płacimy 850 euro i co roku się boję, że właściwiel w końcu podwyższy czynsz, bo jest to bardzo mało za taki domek w Dublinie – podobne w okolicy to kwestia już 1100. Kredytu płacilibyśmy mniej, ale nikt nam go nie da obecnie. No to chodzę, oglądam domy na necie i w rzeczywistości i sobie marzę. A co. Wolno mi.

I oczywiscie skoro się jeszcze trochę pobędę na tej ziemi to muszę jakoś wyglądać. Z tej okazji kupiłam sobie płaszczyk, buty, spodnie i bluzki. Cztery rzeczy do pracy, a płaszczyk dlatego, że śliczny. O proszę:

Śliczny, prawda?

Adek znowu pęknął sobie rękę. Ale nie bardzo poważnie, już w piątek do kontoli. Ja zgubiłam klucze do roweru i do domu, no bo wiecie, mózg miałam zajęty przeżywaniem niebytu. I tak to w czw cały dzień spędziłam w pracowej kantynie czekając na Mi aż wróci z Adkiem z pogotowia. Byli tam 7 godzin. Za to w sobotę na jakimś haju pomiędzy popełnianiem wpisów wymyłam lodówkę, posadziłam kwiatki, umyłam piekarnik i szafkę na gary oraz wyprałam 16 par piekłostopek. Potem poczułam, że znowu kaszlę, przestraszyłam się i poszłam spać taka przestraszona, aż dopiero dziś kuleczka pomysłowego Dobromira strzeliła mnie w głowę – myłam piekarnik wdychając żrące opary które by nawet Terminatora powaliły. Nic dziwnego, że kaszlę. (Już nawet nie wspominam, że tydzień temu obserwowałam z lupą swój pieprzyk, który zrobił sie ciemny i twardy, umówiłam już wizytę u lekarza, aż tu nagle patrzę, a tu strupek odpadł i pieprzyk wrócił do swojego normalnego stanu. Bo był zadrapany. Przypadkowo). Poza tym hormony dopisują, dziękuję, mój organizm zwariował jeżeli chodzi o babskie sprawy. No, ale tego to już wam oszczędzę;)