Powróciłam do świata żywych. Czułam się bardzo źle przez prawie tydzień, prawie tydzień spędziłam na bliskim spotkaniu trzeciego stopnia ze śmiercią. Tak to czułam. Ciemna dolina, grób i mogiła, smutek, szarość, koniec wszystkiego. Apogeum przeżyłam dwa tygodnie temu na wycieczce do Glendalough, o tutaj:
w takich cudownych okolicznościach przyrody szłam i zalewałam się łzami, że umrę ja, umrze Mi i Adek też umrze, umrą wszyscy ludzie których znam i ci, których nie znam też, wszelkie dobro, miłość i piękno się skończą, skończy się Ziemia i nasze Słońce, ale najpierw umrę ja. Czyli było grubo. Mi gadał z Adkiem, deszcz siekł pionowo i poziomo, huragan szalejący w Anglii dawał się odczuć na szytach Glendalough, las pachniał, kurtki furkotały, herbata powoli stygła w termosie, kanapki traciły jędrność w plecakach a ja płakałam nad marnością świata.
I to było apogeum. Szczyt. Prawdziwy wierzchołek. Albo najgłębszy dół. Zależy jak patrzeć.
Tego wieczora zadzwoniłam do siostry, która mi powiedziała takim mocnym, zdecydowanym głosem, że ona się nie martwi, bo ona WIE, że ja nie umieram. Że tylko muszę oddzielić swój smutek i strach od ciała, muszę zobaczyć, czego one tak naprawdę dotyczą. I wtedy jej uwierzyłam. I poczułam. Że ja nie umieram, przynamniej jeszcze nie teraz, nie w tej minucie, że ja się tylko boję i rozpaczam nad końcem końców. Od tego czasu poczułam się lepiej. W nocy miałam sen, że wykaszlałam taką małą szarą przywrę, która mi siedziała na płucu,patrzyłam się na nią i myślałąm, że jest już od dłużeszego czasu martwa. Martwa przywra siedziała mi na płucu. Ale ją wykaszlałam. Od tego czasu zaczęłam się goić. Wiedziałam, czego się boję – śmierci, nicości, pustki, tego, że wszystko znika i przemija i że kiedyś nie będzie mnie, ani Adka, ani Mi.
Chyba przychodzi taki czas, myślałam sobie, przychodzi taki czas, kiedy trzeba się z tym zacząć mierzyć. Nie zmierzyć, bo nie sądzę, żeby to była jedna bitwa (w końcu nikt jeszcze ze śmiercią nie wygrał), tylko zacząć mierzyć. Zacząć rozumieć. Że przemija, że się kończy, że blednie, więdnie i sie rozsypuje. I my też. Że nie ma wzrostu bez końca.
Jako dziecko przyzwyczajamy się do myśli, że robimy różne rzeczy lepiej i lepiej. Że więcej wiemy, jesteśmy coraz sprawniejsi, mądrzejsi, bardziej doświadczeni, potem zaczynamy gromadzić rzeczy, domy i mężów, mamy i mamy coraz więcej, powoli po szczeblach marzeń się drapiemy po karierę, pozycję, czy wymyśloną rodzinę, kolekcjonujemy dyplomy i pochwały, nagrody, pierwsze pukle włosów i pierwsze rysunki, czujemy się tak obdarowani w życiu, a jeszcze nam się wydaje, że możemy wszystko! hoho, gdybyśmy tylko chcieli! to świat zawojujemy!
Taki czas gromadzenia, o którym mniemamy, że się nigdy nie skończy, że zawsze będziemy mieli tylko więcej i więcej, że zawsze będziemy mogli tylko więcej i więcej, a więc nowa dieta, płaszcze i buty, nowa praca, nowy stopień naukowy, bieganie – a może maraton za rok? dlaczego nie!, dzieci urodzą się nowe nam, poznamy nowych przyjaciół, kupimy dom w Toskanii i pojedziemy na wycieczkę do Japonii. Bo jeszcze wszystko.
Aż nagle dociera do nas to, co tak długo w ciemności trzymaliśmy, co wieki temu zamknęliśmy w podziemiu nieświadomości, przybite łańcuchami w najciemniejszym kącie najgłębszej piwnicy tak, że tylko głuche jęki tego czegoś gdzieś z oddali dochodziły w momentach, kiedy byliśmy trochę słabsi i nie tak czujnie warowaliśmy przy wrotach podświadomości, pilnując, by były zawsze na głucho zamknięte. W takich chwilach, kiedy wielką tragedią albo wysoką gorączką wytrąceni jesteśmy na moment, na sekundę, na mgnienie oka z praca-dom-zabawa, hej!, z urządzania wnętrz, z robienia na drutach, z fotela, serialu i kubka w róże, z tych wszystkich ciepłych drobnych rzeczy dzięki którym ciągle jeszcze wydaje nam się, że żyć jest przyjemnie, albo przynajmniej spokojnie i nudno, nagle rzeczywistość rozdziera się na chwilę i słyszymy głuche jęki tego czegoś, co tak dawno temu skazaliśmy na zapomnienie na samym dnie naszej duszy. To coś, taka nieludzka nienazwana potworność zrywa się z łańcucha i nagle oto staje przed nami w całej okazałości i nawet nie mamy słów by ją nazwać, słów innych niż przeraźliwe rzężenie pułkownika Kurtza „groza, groza!”. I wtedy nasze kubki w kwiatki, nasze przepiękne filiżanki, nasze zdjęcia, koce, lustra, małe rzeźbione pudełeczka, fotele i białe zasłony, nasze obrazki w ramkach z IKEI nie zdadzą się na nic, rozbijają się w drobny mak, rozpływają się jak mgła, robią się zupełnie zupełnie przeźroczyste. Również nasz dom, nasza kariera, praca, tytuły i dyplomy, nagrody, osiągnięcia i pozycja, nasze dzieci i ich pierwsze zęby, albo pierwszy milion, wszystko jedno, zapach ich główek w środku nocy, ich małe piąstki i duże oczy, obrazki, skaleczenia, kalosze i kredki, wszystko to nic nie znaczy i przed grozą nie chroni, bo wszystko się w pył rozpadnie, wszystko, co żyje umrze i wszystko groza na końcu pożre. Nie pomoże nam żadna z dotąd tak skutecznych sztuczek: ani zaprzeczanie, ani wypieranie, ani udawanie. Ani mówienie „staram się o tym nie myśleć”, ani nie zaglądanie do studni, ani też otaczanie się samymi wesołymi osobami, ani skupienie się na samych przyjemnych wrażeniach, ani pościg za przyjemnością ani pościg za spokojem. Nic, ale to nic nam nie pomoże. A im szybciej będziemy uciekali, tym groza bardziej nas będzie gonić.